sobota, 27 września 2008

Czy to wciąż Afryka?

„Podróże to diabelski wynalazek człowieka, który pod względem nieprzyjemności, zmęczenia, niebezpieczeństw, straty czasu i szarpaniny nerwowej da się porównać tylko z pobytem na wojnie.”
Henri Milton Montherland

Niestety nasz pobyt w Maroku nie był aż tak wyczerpujący :(
Co więcej cały czas zastanawialiśmy się, gdzie my właściwie jesteśmy. Na ulicach piękne kamienice, pełna cywilizacja, nawet europejskie pieczywo i przepyszne świeże bułki, za którymi tak tęskniłam (w przeciwieństwie do słodkiego chleba tostowego, który mamy na co dzień). A na ulicach wszyscy mówią po francusku. Jak zaczynałam coś mówić po arabsku (proste słowa typu „dziękuję”, „do widzenia”) to moi rozmówcy patrzyli na mnie jak na kosmitę. Czy mówienie po arabsku, jest nie na miejscu? Czy francuski jest traktowany jak lepszy język? Dzieci zaczynają się uczyć francuskiego w szkole od trzeciej klasy i mam wrażenie, że na ulicach większość mieszkańców posługiwała się właśnie tym językiem. Tylko, gdzie ta marokańska Afryka, którą tak bardzo chcieliśmy zobaczyć?

No dobrze, dobrze ... Było też trochę egzotyki. W Rabacie medina pełna kupców dobra wszelkiego, w szczególności „kapciuszków” – wsuwanych butów z czubkami, marokańskich naleśników wyglądających jak gąbka, które wchłaniają całą polewę oraz smakowicie pachnących ryb smażonych bezpośrednio na ulicy. Ale największe wrażenie zrobiła na nas otoczona starymi murami Kasba z bardzo wąskimi biało-niebieskimi uliczkami. No i oczywiście drzwi – wszelkiego rodzaju i koloru, które są tematem wielu kartek pocztowych i plakatów. Mały turysta Wojtek upodobał sobie marokańskie ciastka w kształcie korony, które zajadał codziennie przed wyjściem nad ocean, który dla niego był największą atrakcją.



Nasz mały turysta nie był zbyt zainteresowany czekaniem, aż zrobię zdjęcia w wąskich uliczkach Kasby dlatego wpadłam na przewrotny sposób: dałam mu telefon, aby i on mógł uwiecznić to co dla niego ciekawe. Okazało się, że stworzyłam potwora! Tyle interesujących tematów do zdjęć było wokół – nie miał już czasu na jedzenie swoich ulubionych koron, kiedy zobaczył małe kotki, które koniecznie musiał sfotografować!

2 komentarze:

Zeb pisze...

Trochę późny komentarz, ale dopiero dziś trafiłem na tego bloga ;) Wydaje mi się, że arabski jest uważany przez sporą część Markokańczyków, tak jak to zauważyłaś, za język gorszy niż francuski. A powód tego jest taki,że są Berberami, czyli rdzenną ludnością tamtych terenów. Arabowie to dla nich najeźdźcy. Berberowie wciąż mają silne poczucie własnej tożsamości i odczuwają niechęć do języka i różnych obyczajów arabskich (Berberyjki chodzą z odsłoniętą twarzą i tak było zawsze). W sąsiedniej Algierii Berberowie nawet występują zbrojnie przeciw arabskiemu rządowi i arabizacji, tworzą własną alternatywną administrację opartą na więziach plemiennych itd. Do znalezienia w sieci, więc dłużej nie przynudzam ;). Aha, francuski w sumie jest również językiem najeźdźców, ale może bardziej im się podobają Europejskie zwyczaje i dobrobyt? No i jest przydatny w kontaktach z Francją, z którą większość byłych afrykańskich kolonii utrzymuje żywe kontakty i z francuskimi turystami których tam jest pełno. Bardzo fajny blog, pozdrawiam.

Kroniki egipskie pisze...

Ciekawe, zwłaszcza początek o Berberach. Właśnie wróciłam z Oazy Siwa tuż koło granicy libijskiej, która ma berberyjskie korzenie (w przeciwieństwie do innych egipskich oaz zamieszkiwanych przez Beduinów). Tam jednak kobiety szczelnie zasłaniają twarze. Myślę, że to wynik tradycji, ponieważ w Siwa kobiety ubierają się w typowy właśnie dla tej oazy sposób - zobacz tutaj

Pozdrawiam
Ania