poniedziałek, 30 czerwca 2008

Miasto, które nigdy nie usypia

Zapytałem kiedyś Kairczyków, czy ich miasto kiedykolwiek usypia. Zawsze z dumą odpowiadają, że Kair nie usypia nigdy. Wydaje się jednak, że jest taki moment, jeden w ciągu całego tygodnia - piątkowy poranek. Wówczas to na ulicach samochody pojawiają się sporadycznie, trudno złapać taksówkę, ludzie idą do domów po długiej przedweekendowej nocy i robi się dość cicho, bo generalnie piątek jest dniem wolnym od pracy.

Miło jest w taki piątkowy ranek wyjść na spacer i cieszyć się spokojem. My zazwyczaj idziemy wówczas nad Nil, siadamy w jednej z pustych jeszcze restauracji i napawamy się widokiem tej wspaniałej rzeki. Ale taka sielanka trwa mniej więcej do godziny 11:00, bo wówczas pierwsi sklepikarze ruszają w stronę swoich przybytków handlu, taksówkarze zaczynają coraz śmielej naciskać na klaksony i pojawiają się pierwsze autobusy z turystami.


Piątkowy poranek nad Nilem

Kilka minut przed godziną 13:00 miasto wypełnia nawoływanie Muezinów, większość sklepów na kilkadziesiąt minut zamyka swoje podwoje, a mężczyźni wędrują do meczetów. Jedni spędzają tam ponad godzinę, a inni zaledwie kilkanaście minut i wracają z powrotem do pracy. Generalnie po 14:00 całe miasto znów tętni życiem i gna do przodu.

Wieczorową porą, kiedy największe upały stają się już przeszłością, ludzie znów wylegają tłumnie na ulice, zapełniają się restauracje, trawniki i ... mosty. Może to zabrzmi nieprawdopodobnie, ale mosty są ulubionym miejscem, w którym spędzają czas mniej zamożni Kairczycy. Podobno dzieje się tak, ponieważ jest tam chłodniejsze i bardziej świeże powietrze. Co do chłodu to się zgodzę – rzeki zawsze przynoszą chłód, ale co do świeżości na tutejszych mostach to raczej trudno się zgodzić, ponieważ tabuny samochodów przetaczają się przez tutejsze mosty dostarczając wyłącznie świeżych spalin, nie wspominając o hałasie. Zastanawiacie się może co ludzie robią na mostach poza zażywaniem chłodu – siedzą, rozmawiają, piją kawę lub herbatę, jedzą i cieszą się swoim towarzystwem. Siedzą na plastikowych krzesłach, rozstawianych na całej długości mostów, przez drobnych biznesmenów świadczących tego typu usługi – miejsce na krześle na moście. I znów wspólne rozmowy trwają niemal do świtu, ulicami mkną samochody, tłumy pieszych przetaczają się w tę i z powrotem i miasto żyje aż do rana, kiedy to wszystko zaczyna się od nowa.

sobota, 28 czerwca 2008

Sklep mięsny

W wielu uliczkach Kairu można kupić świeże mięso. Zazwyczaj są to wiszące na hakach uda krów zawinięte w mokre przecieradła, wyglądające jak duchy zwierząt. Czasami jednak zdarza się bardziej wytworny sklep.

piątek, 27 czerwca 2008

Historie przydrożne

Kair, pomimo że z jednej strony nosi miano metropolii, to z drugiej strony jest także miastem będącym przedsionkiem Afryki. Tutaj na ulicach spotyka się samochody i ciężarówki wszelkich marek, ale tuż zaraz za ścisłym centrum miasta spotkać można rolników jadących małymi wozami zaprzęgniętymi w osiołki. Na tych wozach, co rano pełno jest owoców i warzyw, które Kairczycy kupują codziennie. Na tych samych ulicach spotyka się nawet krowy prowadzone na skrawki zielonych łąk porozrzucanych pomiędzy kilkupiętrowymi blokami.

Kolejne ciekawostki to mniejsze lub większe ciężarówki wielokrotnie wypełnione po brzegi ludźmi lub towarami, zwierzętami lub mieszanką tego, co zostało tu wymienione. Przypomina to czasem czarno-biały polski film „Podróż za jeden uśmiech”, gdzie podróże na pace ciężarówki były codziennością.





Często także przewożenie towarów i zwierząt budzi mój zachwyt pod względem pomysłowości i wiary w to, że pomimo tak wysokiego ułożenia rzeczy uda się je dostarczyć na miejsce w komplecie. Z tego powodu wiąże się wszystko misternie linami lub sadza się dodatkowo ludzi pilnujących towaru w trakcie przewozu. Wśród mieszkańców tego kraju istnieje jednak „instynkt samozachowawczy” – nie przewozi się w ten sposób ludzi na autostradach.

środa, 25 czerwca 2008

A cóż to za palma?

W kraju, w którym palmy rosną na każdym kroku zdziwił mnie widok palmy wyglądającej jak bliźniaczka tej z Ronda de Gaulle'a w Warszawie. Czyżby liczba naturalnych palm była niewystarczająca? A może to atrakcja turystyczna, aby robić z nią zdjęcia z zachodem słońca w tle? Chris, jako specjalista z zakresu telekomunikacji przyszedł mi z pomocą - toż to stacja bazowa telefonii komórkowej!

wtorek, 24 czerwca 2008

Dużo cieplej już nie będzie!

Odkąd przyjechaliśmy do Kairu tylko raz padał deszcz. Padał to za dużo powiedziane: przez 15 minut trochę kropiło, a po deszczu nie została żadna kałuża. Poza tym codziennie świeci słońce - ponoć słońce świeci tutaj przez 360 dni w roku, a prawdziwy deszcz pada przez 3 dni. Przedwczoraj rozpoczęło się lato. Obecnie temperatury w ciągu dnia wynoszą średnio 35 stopni Celsjusza, a w domu termometr wskazuje zazwyczaj 29 - 30 stopni (bez włączonej klimatyzacji). Na początku maja, kiedy temperatura w domu dochodziła do 27 stopni, to wydawało się, że już więcej wytrzymać się nie da, a w nocy trudno było zasnąć. Teraz wspomniane 30 stopni wydaje się być standardem i jakoś da się żyć. Na pocieszenie wczoraj właściciel domu, w którym mieszkamy powiedział, że dużo cieplej już nie będzie, ponieważ temperatury latem raczej nie przekraczają 42 stopni Celsjusza.

PS. Cieszymy się, że nie mieszkamy w Arabii Saudyjskiej - tam zawsze jest o 10 stopni cieplej niż w Egipcie.

niedziela, 22 czerwca 2008

Z notatnika Chrisa: Chrześcijański weekend w muzułmańskim kraju - cd.

Drugi dzień weekendu przeznaczyliśmy na nieco dalszą wyprawę. Około 100 km na północny-zachód od Kairu położona jest Wadi Natrun – dolina i oaza, w której swe miejsce znalazło kilka koptyjskich klasztorów. Tutejsze kościoły sprawiają dziwne wrażenie ze względu na swoją prostotę, a czasami wręcz prymitywny wystrój wnętrz. Są to najczęściej otynkowane ściany i sklepienia, które zaledwie w kilku miejscach pokryte są freskami. Klasztory w Wadi Natrun są niezwykle ważne dla Koptów, ponieważ przez setki lat to właśnie tutaj ich religia zachowywała swój wzorzec zapoczątkowany przez św. Marka Ewangelistę. Tutaj również spośród mnichów lokalnych klasztorów wybiera się koptyjskiego papieża.



Mnich Nikodem oprowadził nas po wszystkich zakamarkach klasztoru św. Biszoja począwszy od kaplicy kryjącej zachowane w całości ciało świętego, a kończąc na niedużej twierdzy, w której w dawnych wiekach mnisi kryli się przed wszelakimi grabieżcami i najeźdźcami. Pokazał nam również jedną z cel, w jakich mnisi medytują i spędzają większość czasu wznosząc wzrok i serce ku Bogu. Już samo wejście - nie wyższe niż połowa dorosłego człowieka - dało przedsmak tego, co czekało wewnątrz. Cele są bardzo ciasne – pierwszy pokój mieści matę i służy do medytacji. Drugi pokój zawiera jedynie murowane podwyższenie wielkości łóżka i szafkę - tutaj mnich może przyjmować osobę, która chce go odwiedzić. Obie cele zajmują zaledwie kilka metrów kwadratowych, bez elektryczności. Zobaczyliśmy też pomieszczenia, których używano dawniej, kiedy wszystko wytwarzane było lokalnie w klasztorze. Była to stara piekarnia oraz młyn, a właściwie żarna napędzane siłą osła. Wszystko razem niezwykle proste i wręcz surowe, ale bardzo urokliwe.



Przez setki lat życie tutaj toczyło się swym spokojnym rytmem zachowując najdawniejsze tradycje chrześcijaństwa i język koptyjski wywodzący się wprost od języka staroegipskiego, którym posługiwano się jeszcze przed nadejściem Rzymian (więcej). Okazało się jednak, że nawet tutaj czas nie stoi w miejscu. Pomimo ogromnego szacunku dla tradycji i tutaj zawitał ... internet. Mnich poprosił, aby mailem przesłać mu zdjęcia, ale zaznaczył, że z maila korzysta jedynie raz w miesiącu.

* * *
Przeczytaj także:
Drzwi Symboli
Koptowie - potomkowie faraonów
Wszystkie posty związane z koptami

sobota, 21 czerwca 2008

Z notatnika Chrisa: Chrześcijański weekend w muzułmańskim kraju

Współczesny Egipt kojarzony jest głównie z religią muzułmańską, ale zachował się tutaj znaczący odłam chrześcijaństwa pod postacią wyznania koptyjskiego. Koptowie stanowią około 10 proc. mieszkańców Egiptu i utrzymują na tych ziemiach chrześcijaństwo od niemal 2000 lat. Zazwyczaj byli prześladowani lub przynajmniej marginalizowani. Działo się tak od czasów Cesarstwa Rzymskiego i dzieje się tak czasami i dziś, choć obecnie konflikty z muzułmanami są sporadyczne i nie mają wpływu na stosunki między obiema grupami wyznaniowymi.

Okazało się, że dzielnica koptyjska w Kairze oddalona jest od naszej dzielnicy zaledwie o 4 przystanki metra, tak więc w piątek wybraliśmy się właśnie tam. Po wyjściu z przystanku metra stanęliśmy przed wejściem do „Zawieszonego Kościoła”. Jest to świątynia postawiona na dawnej bramie wodnej z czasów rzymskich, która wisiała kiedyś nad wodą wsparta na murach dawnej rzymskiej budowli. Wewnątrz kościół jest niejako połączeniem kościoła katolickiego z jego ławkami i amboną, z kościołem prawosławnym, w którym zawsze ołtarz odgrodzony jest specjalną kurtyną i ukryty przed wzrokiem wiernych.



Koptowie na wewnętrznej częsci nadgarska mają wytatuowany znak krzyża (więcej), aby odróżniać się od tutejszej większości muzułmańskiej. Wytatuowanie krzyża zostało również zaproponowane Ani - no bo skoro jest chrześcijanką, to krzyż musi być, a podobno tatuaż robi się na miejscu.

Po wyjściu z kościoła i zakupieniu breloczka z „ruszającym się” obrazkiem dla Wojtka, poszliśmy kawałek dalej i postanowiliśmy sprawdzić, co kryje wejście, które wyglądało niemal jak wejście do piwnicy. Okazało się, że jest to wejście do starej koptyjskiej dzielnicy z jej klasycznymi bardzo wąskimi ulicami. Najpierw minęliśmy ogromny sklep z pamiątkami dla każdego i na każdą okazję, ale dalej trafiliśmy już do kolejnych kościołów. Wyglądają one podobnie, ale za każdym razem moją uwagę przykuwał sposób, w jaki tutejsi chrześcijanie się modlą. Wykonywane gesty do złudzenia przypominały te, które widuje się u muzułmanów. Ciekawe czy obie religie w tym względzie przeniknęły się nawzajem? Po wyjściu z kościoła św. Katarzyny postanowiliśmy sprawdzić jeszcze, co kryje się w zaułku za tym kościołem. To co zobaczyliśmy było swego rodzaju dzielnicą cmentarną. Są tu zwykłe ulice, a pośród nich grobowce wyglądające czasami jak jednorodzinne budynki mieszkalne.



* * *
Przeczytaj także:
Koptowie - potomkowie faraonów
Klasztory w Wadi Natrun
Klasztor św. Antoniego

czwartek, 19 czerwca 2008

Świat na głowie

W Polsce swego czasu mówiło się dużo o Matkach Polkach taszczących codziennie ze sklepów siaty pełne wszelakich zakupów. Wydawało się, że te czasy już minęły, ale po przyjeździe do Egiptu wszystko wróciło. Tutejsze kobiety są objuczone zakupami, torebkami i obwieszone dziećmi. Jest jednak znacząca różnica – tutaj zakupy nosi się na głowie, na szczęście dzieci nosi się na rękach. Jak widać na załączonym obrazku, głowy wykorzystują także mężczyźni ...

środa, 18 czerwca 2008

Tysiące przyjaciół

Odległość pomiędzy pasażem Bahlar, gdzie mieszka Zaki Bej
ad-Dassuki, a jego biurem w kamienicy Jakobiana nie przekracza stu metrów. Jednak pokonanie jej zajmuje mu codziennie prawie godzinę, ponieważ za każdym razem musi pozdrowić wielką liczbę swoich przyjaciół (...) - tak zaczyna się książka „Kair, historia pewnej kamienicy” Alaa Al Aswany.

Czasami czuję się jak Zaki Bej, szczególnie odprowadzając i odbierając Wojtka z przedszkola. Obecnie trasa ta zajmuje nam około 10 minut, w czasie których musimy przywitać się z trzema panami siedzącymi na plastikowych krzesłach, liczną grupą strażników, przemiłym panem ogrodnikiem, który obdarowuje Wojtka różnymi roślinami wyjaśniając nam zasady ich hodowli oraz panem, który pilnuje wejścia do przedszkola, a którego Wojtek jest ulubieńcem. Jest to bardzo miłe, ponieważ czujemy się tutaj naprawdę jak w domu. Mam jednak nadzieję, że za pół roku nadal będziemy pokonywać tę trasę w 10 minut :)

Nieco inaczej jest w centrum Kairu. Wystarczy, że przystanę na chwilę i przymierzę się do zrobienia zdjęcia, a już otaczają mnie tutejsi przyjaciele: kilkunastoletnie dzieci zaglądające mi przez ramię oraz „biznesmeni” wypytujący o wszystko, zaczynając od mojego imienia i kraju z którego pochodzę, a kończąc na opowieściach o polskich przyjaciołach, których poznali w Paryżu. Niestety w większości przypadków celem jest zaproszenie mnie do pobliskiego sklepu lub galerii (wielu z nich to artyści :). Ale dziś jeden z „przyjaciół” bardzo pomógł i przeprowadził mnie przez bardzo ruchliwą ulicę, której bezpieczne pokonanie wymaga ogromnej odwagi i niezwykłej sprawności fizycznej.

wtorek, 17 czerwca 2008

Alicja w Krainie Czarów

Zamknij oczy! Wyobraź sobie Kair ...

Wiem, co widzisz ... miasto prawie bez zieleni, rozgrzane od południowego słońca, z olbrzymią liczbą samochodów jadących bez ładu i składu, trąbiących na siebie nawzajem, kurz nad miastem ...

... i właśnie tutaj w samym centrum Kairu pomiędzy Miastem Umarłych, a dzielnicą islamską odkryliśmy Krainę Szczęśliwości - Al Azhar Park. To tak, jakby znaleźć się w oazie zieleni pośród morza typowej kairskiej zabudowy. Co więcej park jest na wzgórzach z przepięknym panoramicznym widokiem na stary Kair! Z miejsca nazwanego Teleskop widoczna jest 360-stopniowa panorama Kairu. W parku jest wszystko, co jest potrzebne, aby poczuć się jak w raju: aleje palmowe, jeziora, rzeczki i wodospady, olbrzymi plac zabaw dla dzieci oraz restauracje z widokiem na Cytadelę i stare miasto! Czegoż można chcieć więcej?









30 hektarowy Al Azhar Park został założony w 1984 roku przez fundację Aga Khan, na terenie, który był wcześniej rumowiskiem. Budowniczowie musieli wyczyścić nagromadzone przez 500 lat gruzy i śmieci, których objętość stanowiła odpowiednik pojemności 80 tys. ciężarówek! Podczas budowy parku dokonana została również restauracja XII-wiecznego muru miejskiego.

Zobacz także:
Kair - miasto tysiąca minaretów
Wirujący derwisze



poniedziałek, 16 czerwca 2008

Kair wieczorową porą

... a już jutro więcej o tym, co Alicja odkryła po drugiej stronie lustra.

niedziela, 15 czerwca 2008

Z notatnika Chrisa: Mały podróżnik w Muzeum Kairskim

Byliśmy już w piramidach i mastabach, zwiedzaliśmy stary Kair i dawną stolicę Egiptu – Memfis, ale wciąż brakowało jednej rzeczy, a mianowicie skarbów, które w tych miejscach zostały odnalezione. Cześć z nich znajduje się poza Egiptem w kilku znamienitych stolicach świata, ale jednak znacząca część skarbów pozostała na miejscu. Przyszedł więc czas na rzut oka na Muzeum Kairskie. Wraz z naszym małym podróżnikiem Wojtkiem zaczęliśmy zwiedzanie od sali głównej na parterze muzeum. Zgromadzono tu wiele pomników władców Egiptu oraz kamienne sarkofagi wydobyte z ich grobowców. Dalej pobiegliśmy na piętro mijając wystawione papirusy aż dotarliśmy do „Skarbca”. Jest to sala, w której zgromadzono dużą ilość biżuterii wykonanej wyłącznie ze złota – robi wrażenie, ale kilka kroków dalej jest sala, która robi największe wrażenie. Jest to sala faraona Tutenchamona. Zgromadzono tu przedmioty wydobyte z grobu tegoż faraona z Doliny Królów. Najbardziej efektowna jest maska pośmiertna wykonana ze złota i drogocennych kamieni. Po tysiącach lat Tutenchamon wciąż patrzył na nas swym spokojnym i skupionym wzrokiem.

Wszystko to było niezwykle interesujące, ale mały turysta Wojtek chciał czegoś więcej – interesowały go trochę skarby, bardziej jeszcze ciekawiły go sarkofagi, ale najważniejsze miały być mumie. Jak się okazuje, prawdziwi fani przygód Scooby-Doo nie boją się niczego i poszukują rzeczy budzących prawdziwą grozę. Naprzeciwko Sali Tutenchamona było kilka mumii z pierwszych lat naszej ery, ale były całkowicie zabandażowane, więc generalnie „słabe”. Na szczęście idąc dalej zobaczyliśmy drogowskaz do komnaty z mumiami królewskimi. Mały turysta nagle zyskał nowe siły. Zabrał nam bilety i czym prędzej podszedł do pilnującego wejścia biletera, aby nie tracić czasu. Wewnątrz komnaty znajduje się kilkanaście najstarszych mumii faraonów, z których najbardziej wyeksponowana jest mumia Ramzesa II. Widać tu dokładnie każdy szczegół zasuszonych ciał faraonów, którzy śpią snem wiecznym od tysięcy lat. Trochę to dziwne, że obecnie tysiące turystów każdego roku zakłóca im spokój, w końcu są to ciała królów, więc chyba powinno się je traktować z większym szacunkiem. No cóż – pieniądz rządzi światem i tutaj. Wracając do naszego małego turysty mogę tylko dodać, że był zachwycony i dokładnie tego poszukiwał w muzeum. Wyprawę uznał za udaną.


Bilet wstępu z wizerunkiem mumii Ramzesa II

piątek, 13 czerwca 2008

Gdzie jest mój cień?

Kilkadziesiąt kilometrów na południe od Asuanu przebiega Zwrotnik Raka. Za dwa tygodnie - w pierwszy dzień lata w samo południe słońce będzie padać prostopadle na Zwrotnik. Od Asuanu do Kairu jest już niewielka odległość, biorąc pod uwagę wielkość naszej planety, i już teraz słońce świeci niemal wprost na czubki naszych głów. W południe cienie ludzi są takie małe, że mieszczą się niemal pod stopami. Aby zobaczyć swój cień trzeba się pochylić ... A może stajemy się duchami?

czwartek, 12 czerwca 2008

Z dostawą do domu

W Maadi wszystko można kupić się przez telefon. Skończyły Ci się ziemniaki - dzwonisz do warzywniaka, potrzebujesz chleba - dzwonisz do marketu, źle się czujesz - dzwonisz do apteki, a nawet fryzjera możesz umówić na telefon z "dostawą do domu". Jest to szczególnie wygodne, gdy potrzebujesz kupić dwa kartony wody mineralnej w półtoralitrowych butelkach. Większość zakupów przywożona jest na rowerach ze specjalnymi wspornikami. Wcale bym się nie zdziwiła, gdyby te butle także miały zostać dostarczone do domu, ponieważ pan dwa razy zawracał tak, jakby nie mógł znaleźć właściwego adresu ...

środa, 11 czerwca 2008

Niełatwe jest życie studenta ...

Życie na ulicy uczy nas więcej, niż sami chcemy wiedzieć.
Carlos Ruiz Zafón "Cień wiatru"

... tak więc ruszyłam na ulicę w poszukiwaniu dowiadczeń w fotografii. Miałam konkretne zadania domowe do wykonania w ramach kursów fotograficznych, które rozpoczęłam. Ustawiłam statyw i oddałam się ćwiczeniom. Po chwili podjechał samochód, więc się odsunęłam i pomyślałam nieco poirytowana, że skoro ma tyle miejsca, to dlaczego parkuje tak, aby być w moim kadrze. Z samochodu wysiadło dwóch mężczyzn w cywilu i zaczęło się przepytywanie: Co robię? Dlaczego w tym miejscu? Czy mieszkam w Madii? Skąd pochodzę? Czy w Polsce wolno robić zdjęcia na ulicy? Na wszystkie pytania cierpliwie odpowiadałam pokazując zdjęcia, które służyły jedynie ćwiczeniu techniki. Na szczęście nie miałam żadnych ujęć ludzi ani strategicznych obiektów mieszkalnych, bo właśnie z tego powodu panowie zabronili mi robienia kolejnych zdjęć. Mieszkamy w dzielnicy, w której mieszkają obokrajowcy oraz różni ważni ludzie. Tylko gdzie mam ćwiczyć technikę, jak nie na ulicy?

wtorek, 10 czerwca 2008

Z notatnika Chrisa: W krainie papirusów

W starożytnym Egipcie lokacja stolicy związana była ściśle z wyliczeniami ówczesnych uczonych. Wyliczenia te wskazywały optymalne miejsce pomiędzy Górnym a Dolnym Egiptem, a podstawą wyliczeń było położenie Słońca w dniu Nowego Roku. Dawny egipski rok liczył 365 dni i nie uwzględniał lat przestępnych. Z tego powodu dzień Nowego Roku raz przypadał np. na 1 stycznia, a po 730 latach przypadał na 1 lipca. Tak więc pełny cykl, po którym Słońce „wracało na swoje miejsce” trwał około 1460 lat, a okres zakończenia tego cyklu był czasem wielkiego święta w Egipcie. Ostatnie zanotowane świętowanie „powrotu Słońca na miejsce” odnotowane było w czasach panowania królowej Kleopatry - tej Kleopatry, która została żoną Juliusza Cezara, a potem Marka Antoniusza. Dodatkową ciekawostką jest fakt, że świętowanie trwało przez około 4 lata, ale przecież przygotowywano się do tego święta przez ponad 1400 lat!

W ostatnich dniach postanowiliśmy, zwiedzić jedną z takich stolic, która położona jest kilkanaście kilometrów na południe od Kairu, a było to Memfis. Miasto, które swój rozkwit przeżywało w czasach panowania Ramzesa II dziś jest niepozorną wsią, a po dawnym wspaniałym mieście pozostało jedynie muzeum. Jest jednak coś, co zobaczyć trzeba koniecznie, czyli posągi Ramzesa II, z których jeden został niegdyś wykonany z jednego kawałka granitu i mierzył około 10 metrów. Patrząc na te posągi wydaje się, że niegdyś Memfis musiało być usiane pomnikami władcy, który mógł dzięki temu w sposób symboliczny zerkać zawsze i wszędzie na poddanych.


Fragment 10-metrowego posągu Ramzesa II wykonanego z jednego kawałka granitu

W Memfis zachował się także dość duży sfinks oraz tradycja wytwarzania papirusów. Zmęczeni słońcem wyszliśmy z muzeum i udaliśmy się do najbliższego zacienionego miejsca z herbatą. Budynek, w którym usiedliśmy pomalowany był na wszystkie kolory świata, ale wewnątrz poczuliśmy się znakomicie. Była wspaniała herbata z dodatkiem świeżej mięty, panował miły chłód, a po chwili odpoczynku zaprezentowano nam sposób wytwarzania arkuszy papirusu. Jak się okazało, najpierw długie ścinki papirusu moczy się w wodzie, po czym układa się je w kratkę, a następnie sprasowuje i suszy. Metoda nie jest skomplikowana, a jedynie nieco mozolna, ale aby turysta zachwycił się papirusem trzeba jeszcze namalować na nim jedną ze starożytnych (lub czasami nowożytnych) scen. Nas zachwyciła scena sądu nad duszą i sercem faraona oraz sceny z życia ówczesnych ludzi. Przy kupowaniu jak zwykle warto się potargować, ponieważ cena końcowa nie powinna przekraczać połowy ceny początkowej. Teraz tylko trzeba ów papirus oprawić i poszukać odpowiedniego miejsca na ścianie.


Wytwarzanie papirusu

niedziela, 8 czerwca 2008

Nowe odkrycia!

Każdy dzień przynosi nowe odkrycia! Nie ukrywam, że na co dzień uwielbiam obserwować tutejsze samochody i taksówki. Są naprawdę magiczne - często pełnoletne, ale jakże kochane przez właścicieli.
Z kolorowymi napisami, ozdobami, wykładane dywanami, a nawet ... z piórkiem na bagażniku!



Dzisiaj odkryłam także magiczny samochód z ogromną liczbą lusterek. Ja naliczyłam dziesięć (!), a Ty?


Jak zawsze wystarczy kliknąć na zdjęcie, aby zobaczyć jego powiększenie

sobota, 7 czerwca 2008

Are you happy?

Wczoraj wybraliśmy się do Gizy zachłysnąć się pięcioma tysiącami lat historii. Przyjechaliśmy jednak tuż przed zamknięciem strefy zwiedzania piramid. Jedynym sposobem, aby dostać się w ich pobliże było zapłacenie za przejażdżkę wielbłądem. Wojtek był zachwycony, my trochę mniej ... Oczywiście nie mogliśmy skorzystać z głównego wejścia, ale w murze otaczającym obszar zwiedzania co jakiś czas są kolejne bramy, których pilnuje policja turystyczna. My zapłaciliśmy właścicielowi wielblądów, on płacił policji turystycznej i strażnikom wraz z przekraczaniem kolejnych zamniętych stref. Obowiązuje tu zasada, że przy turystach nikt nie może chłodzić głodny. Prowadzący wielbłądy chłopiec kilkukrotnie pytał w czasie wycieczki "Are you happy?" ("Czy jesteście szczęśliwi?"). Byliśmy! Na zakończenie powiedział "You are happy, I am happy!" ("Jesteście szczęśliwi, to ja jestem szczęśliwy!"), co w jego rozumieniu oznaczało "Jesteście szczęśliwi, to dajcie napiwek, abym i ja był szczęśliwy!"

Wieczór zakończyliśmy widowiskiem "Piramidy - światło i dźwięk", podczas którego mogliśmy usłyszeć i zobaczyć historię starożytnego Egiptu. Wojtkowi tak się spodobało, że tuż po zakończeniu spektaklu zapytał, czy przyjdziemy tu jutro.

piątek, 6 czerwca 2008

Śmieciarka


Zbiera śmieci z naszej dzielnicy. Ciekawe, ile się jeszcze zmieści?

czwartek, 5 czerwca 2008

Z notatnika Chrisa: Klakson

Kiedyś ktoś zastanawiał się, co było pierwsze – jajko czy kura. W Egipcie należy zadać pytanie – klakson czy piramidy. Pewnie hieroglify tego nie opisują, ale jakoś nie wydaje mi się, że obecne zamiłowanie do klaksonów i hałasu dotarło do Egiptu dopiero z pierwszym automobilem. Przez pierwsze dwa tygodnie mojego pobytu w Kairze mieszkałem w hotelu NIL – pokój na piątym piętrze, więc teoretycznie dość wysoko nad poziomem ulicy. Hotel położony jest w centrum miasta w sąsiedztwie Muzeum Kairskiego, a połowa okien hotelu wychodzi właśnie na Nil. Jest tylko małe „ale” - pomiędzy hotelem, a Nilem znajduje się wielopasmowa ulica, na której ruch nigdy nie zamiera! W nocy i rano jest tam głośno, a po południu i wieczorem jest ... bardzo głośno! Aby porozmawiać przez telefon i być słyszanym po drugiej stronie linii telefonicznej, musiałem szczelnie zamykać drzwi balkonowe, ponieważ ich uchylenie powodowało, że zagłuszanie w słuchawce telefonu było bardziej skuteczne niż zagłuszanie stacji Wolna Europa w latach komunizmu w Polsce. Pierwsza noc była więc niełatwa, ale każda następna przynosiła coraz twardszy sen – do wszystkiego można przywyknąć.

Dźwięki generalnie są dla nacji bliskowschodnich niezwykle ważnym elementem życia. Rozmawia się tu dużo i dość głośno. Sprzedawca wody na ulicy używa hałasujących metalowych miseczek, aby zwrócić na siebie uwagę. Taksówkarze klaksonem „pytają” przechodniów, czy ci przypadkiem nie chcieliby gdzieś ich taksówką pojechać, a wszyscy kierowcy nieustannie informują się nawzajem o swojej obecności właśnie dźwiękami klaksonów. Ciekawie wygląda to szczególnie na trasach i drogach wielopasmowych, gdzie narysowane na jezdni linie wyznaczające pasy ruchu zdają się być zupełnie niewidoczne dla kierowców, a podstawowa zasada ruchu stanowi, że ten, kto jedzie z przodu ma prawo poruszać się po drodze w sposób niemal dowolny, a czasami nawet jechać pod prąd. Zjazd z autostrady w prawo z lewego pasa ruchu nie jest to czymś nadzwyczajnym. W takiej rzeczywistości jedyną możliwością zwrócenia na siebie uwagi i poproszenia jadącego z przodu o to, aby przez chwilę jechał prosto lub nieco usunął się w bok, jest użycie klaksonu. Często mówi się, że w tym rejonie świata samochód bez klaksonu jest zupełnie niezdatny do użytku!

wtorek, 3 czerwca 2008

Arabski to podstawa!

... w końcu nie można wymagać, aby Egipcjanie znali wszystkie języki świata :) No dobrze, chociaż angielski ... Ale czy wszyscy Polacy mówią po angielsku?

Odkąd mieszkamy w Kairze nauczyłam się kilku podstawowych zwrotów oraz poznałam arabskie cyfry (co ciekawe choć teksty po arabsku pisze się od prawej do lewej, to liczby pisane są tak jak u nas, tzn. od lewej do prawej). Znajomość cyfr to niezmiernie przydatna umiejętność, ponieważ w wielu sklepach ceny artykułów są wyłącznie po arabsku, nie mówiąc o datach przydatności do spożycia wielu produktów. Tylko co z tego, że umiem przeczytać daty, skoro w wielu przypadkach nie wiem, czy jest to data produkcji, czy data ważności ... i czy bezpiecznie można zjeść jogurt, czy lepiej już go wyrzucić ... ale cóż, i na to przyjdzie czas...

Pewnego słonecznego dnia przyszedł pan z gazowni. Spisał stan licznika, zapisał coś w kajecie i zostawił przygotowany wcześniej wydruk (na zdjęciu) i kilka drukowanych reklam (moda na dokładanie do wszystkiego reklamówek nie ominęła Egiptu). Po czym powiedział coś po arabsku, z czego zrozumiałam tylko "3 funty".
- ???
Co miałam zrobić - dałam mu trzy funty przekonana, że jest to opłata pobierana za fatygę, za to że przyszedł i spisał wartości z licznika. Pomyślałam, że nawet jeżeli nie powinnam była mu zapłacić, to kwota jest na tyle niska, że szybko puszczę ją w niepamięć. Wydruku nie zrozumiałam, ale po bliższym się z nim zapoznaniu (i tutaj przydała się właśnie znajomość cyfr :) okazało się, że 3 funty to miesięczna płatność za zużycie gazu. 3 funty egipskie to równowartość 1,2 złotego! Dla takiej kwoty nie opłaca się nawet robić przelewu!

poniedziałek, 2 czerwca 2008

Od przybytku głowa nie boli

Od siedmiu tygodni nasze rzeczy były w drodze z Warszawy do Kairu. Już dwa tygodnie temu dostaliśmy informację, że przypłynęły statkiem do Aleksandrii i czekają tylko na odprawę celną. To skłoniło nas do refleksji, czy tak naprawdę to wszystko jest nam potrzebne? Skoro mieszkamy tu już prawie miesiąc i nieźle sobie radzimy, to może nie potrzeba nam tyle rzeczy ... Pakując się w Polsce i tak staraliśmy się podejść do tego z umiarem i z przydziałowych 6 metrów sześciennych wykorzystaliśmy zaledwie połowę. Na przesyłkę najbardziej czekał Wojtek, ponieważ większą część bagażu stanowiły zabawki i meble do jego pokoju. Trzy dni przed zapowiedzianym dostarczeniem rzeczy Wojtek nie mógł już spokojnie usiedzieć na miejscu. Stworzył nawet swoją odmianę hieroglifów: narysował na kartce trójkę i słońce, co oznaczało, że za trzy dni zabawki będą na miejscu, i zaczął odliczać dni.

Dostawa miała się odbyć o 8.30 wieczorem, ponieważ po Maadi nie mogą jeździć samochody ciężarowe. Po takiej informacji wyobraziliśmy sobie ogromnego TIR-a przeciskającego się wąskimi uliczkami, a tu ... przyjechał mały samochód dostawczy, jakie nie raz spotykaliśmy na tutejszych ulicach. Kurierzy spóźnili się zaledwie o godzinę, co jak na tutejsze warunki jest doskonałą wręcz punktualnością. Zdarzyło się to chwilę po tym, jak Wojtek położył się spać, ale jak tylko usłyszał dzwonek do drzwi ... wchodzimy do domu, a Wojtek stoi i przez szparę w drzwiach wygląda, co się dzieje ... Przez dwie godziny na nowo odkrywał swoje skarby!
A ja zaczęłam się zastanawiać po co wzięłam tyle kosmetyków, w szczególności kremów z filtrem i depilatorów - w końcu nie mieszkamy w buszu i wszystko można tu kupić :)