czwartek, 31 lipca 2008

Życie w wielkim mieście - cz. 1

Kair jest metropolią zamieszkaną przez około 18 milionów ludzi – to ponad 7 razy więcej niż mieszkańców Warszawy. Wydawać by się mogło, że aby pomieścić tylu mieszkanców Kair powinien wyglądać jak Manhattan – same sięgające nieba drapacze chmur i ulice pogrążone w wiecznym cieniu. Nic bardziej mylnego! Wieżowce i owszem są – zazwyczaj są to znajdujące się nad Nilem najwyższej klasy hotele oraz gdzieniegdzie trochę wieżowców mieszkalnych. Poza tym domy mieszkalne to kilkupiętrowe kamienice, zamieszkałe od parteru aż po dachy. Prawdę mówiąc dopiero patrząc na Kair z wysokości można zauważyć, jak bardzo tutejsze życie koncetruje się na ulicach i właśnie na ... dachach. Tutaj mieszkańcy spędzają swój wolny czas, oglądają telewizję, a nawet ... hodują owce.


Po tym dachu przed chwilą chodziły owce

wtorek, 29 lipca 2008

Prawdziwe życie ulicy

Ostatnio trochę chorowaliśmy, więc więcej czasu spędzaliśmy w domu. Aby trochę się z niego wyrwać usiadłam na krawężniku przed domem i czekałam co się wydarzy. Krawężniki są tutaj wysokie, więc było mi wygodnie :) Siedzenie przed domem to tutaj nic nadzwyczajnego - Egipcjanie lubią w ten sposób spędzać czas, a przy naszej ulicy stoją plastikowe krzesła, na których zawsze ktoś siedzi. Na przeciwko naszego domu są krany z wodą do picia, więc dużo się tutaj dzieje. Nie minęło kilka minut, gdy pojawili się chłopcy. Jak zobaczyli, że mam aparat od razu ustawili się do zdjęcia. Jak tylko zrobiłam zdjęcie otoczyli mnie kołem i sprawdzali, czy dobrze na nim wyszli :)

poniedziałek, 28 lipca 2008

Very Important Person

Piramida w Maidum znajduje się na pustyni. Oprócz policji turystycznej i kilku osób z obsługi nie ma tu żywego ducha. W czasie zwiedzania byliśmy tu jedynymi turystami. Nie mniej jednak w czasie pobytu tutaj cały czas mieliśmy eskortę uzbrojonego żołnierza – nie wiem tylko, czy to my mieliśmy stanowić zagrożenie dla piramidy, czy piramida dla nas.

Okazało się jednak, że to jeszcze nie wszystko. Od czasu, gdy wsiedliśmy do samochodu zaczął konwojować nas samochód, w którym siedziało kilku (!) policjantów zaanonsowanych oficjalnie jako nasza eskorta, tak jakby w tej okolicy grasowali terroryści lub przynajmniej stada wygłodniałych lwów. Policjanci jechali cały czas przed nami, zatrzymywali się razem z nami, gdy robiliśmy po drodze zdjęcia piramidy i cierpliwie czekali aż zapakujemy się z powrotem do samochodu. Eskortowali nas aż do głównej drogi. Kiedy ucieszyliśmy się, że nareszcie zostaniemy sami panowie uśmiechnęli się ... po pieniądze. W Egipcie nie grasują ani terroryści, ani lwy, ale nie ma także nic za darmo!

sobota, 26 lipca 2008

Z notatnika Chrisa: Prawie jak Indiana Jones

W ostatnich dniach wszyscy troje odpieraliśmy ataki egipskich bakterii na nasze gardła, które bardzo dały się nam we znaki. Z pomocą odpowiednich leków przechyliliśmy szalę zwycięstwa na naszą stronę i stwierdziliśmy, że musimy w końcu wyrwać się z domu na jakąś wyprawę. Wybór padł na piramidę w Maidum oddaloną o około 70 km na południe od Kairu. Jest to jedno z ciekawszych miejsc, w którym można zobaczyć starożytne atrakcje bez towarzystwa innych turystów. Droga do Maidum wiodła wśród pustynnych wzgórz porozrzucanych na morzu piasku i kamieni, ale w końcu zza jednego z nich wyłonił się cel naszej wyprawy. Piramida ma bardzo dobrze zachowany rdzeń i posiada ściany zewnętrzne zachowane do 1/3 wysokości. Przejechaliśmy przez punkt kontrolny, na którym wypytano o wszystkie okoliczności naszego pobytu w Egipcie, a następnie zaparkowaliśmy samochód na ogromnej przestrzeni służącej za parking. Okazało się jednak, że samochód stoi w złym miejscu, poproszono nas więc o przepakowanie o 10 metrów bliżej budki z biletami – na tak ogromnej przestrzeni wydawać by się mogło, że każde miejsce na zaparkowanie jest dobre, jednak tutejsi strażnicy mieli widocznie własne zasady parkowania.



Mały turysta Wojtek od razu ruszył w stronę piramidy, ponieważ już kilka dni wcześniej powiedzieliśmy mu, że można do niej wejść. Nie przeszkadzała mu wspinaczka w pełnym słońcu do wejścia w głąb budowli. Z taką samą ochotą schodził tunelem do podnóża piramidy. Dalej jeszcze trzeba było pokonać trzy strome drabiny i w końcu znaleźliśmy się w komnacie grobowej. Przy wejściu do tej komnaty znajdowała się jeszcze dodatkowa krypta, do której podróżnik Wojtek ochoczo zaglądał z użyciem specjalnie zabranej latarki. Z wielką powagą i przejęciem wyszeptał „Tu leżała mumia!!!”. Widać, że był pod wrażeniem.


Poszukiwacze mumii

Po wyjściu z piramidy czekała nas jeszcze kolejna atrakcja – wizyta w sąsiedniej mastabie. Wojtek nie mógł się już doczekać, ponieważ wiedział, że wejście tu będzie prawdziwą przygodą. Aby dostać się do komory grobowej, należy na początek pokonać bardzo niski i wąski korytarz (nawet Wojtek musiał się schylać), na którego końcu jest niewielki otwór w podłodze. Tutaj Wojtka przejął nasz przewodnik, a my za nim przecisnęliśmy się przez otwór i zeszliśmy w dół po drabinie. Dalej było znów kilka metrów korytarza zakończonego wąskim otworem, przez który trzeba było się przeczołgać. Wcale nie było łatwo! Wojtkowi przejście przez korytarze sprawiło taką frajdę, że zapytał czy możemy jeszcze raz wyjść, a potem wejść do grobowca. Następnie stwierdził, że szkoda iż nie zabrał tu swoich zabawek, bo to takie dobre miejsce do zabawy – zapewnie chodziło o zabawę w egipskie przygody Scooby-Doo. Przy wychodzeniu znów przeciskaliśmy się przez wąskie przejścia, wspinaliśmy się po stromych drabinach, a na koniec „kaczym” chodem doczłapaliśmy do wyjścia. Przygoda była udana i z pewnością za jakiś czas tu powrócimy.

środa, 23 lipca 2008

Motylem byłem ...

Robiąc zakupy w tutejszych sklepach zastanowiło mnie, czy wszyscy tutaj dbają o zdrowe odżywianie. Na tackach z warzywami lub owocami lub bezpośrednio na nich są naklejki "organic" (uprawiane bez stosowania nawozów sztucznych), a robiąc zakupy w aptece otrzymałam broszurę o zdrowym odżywianiu. Jakie było moje zdziwienie, kiedy przyjrzałam się tabelom z prawidłową wagą kobiet i mężczyzn. Przy moim wzroście i wieku powinnam ważyć blisko 10 kg więcej!!! A może po prostu nie pasuję do tutejszego kanonu piękna?

Kliknijcie na obrazek, aby sprawdzić swoją prawidłową wagę wg tutejszych norm.

poniedziałek, 21 lipca 2008

Egipskie zwyczaje w polskim domu

Egipcjane, zwłaszcza w strefach turystycznych, lubią się targować. Co ciekawe cena ostateczna zazwyczaj nie powinna być wyższa niż połowa ceny wyjściowej. Początkowa cena jest tak wysoka, abyś czuł się szczęśliwy widząc o ile taniej dokonałeś zakupu. Co ciekawe sprzedawcy zachwalając swoje produkty czasami od razu mówią, że specjalnie dla Ciebie mają cenę niższą o ... (tu możesz wstawić dowolną wartość od 1 do 50) procent. W końcu nie jesteś tylko turystą, ale wręcz siostrą lub bratem.

Wojtek także nauczył się egipskich negocjacji. Jak mu się już nudzi przy stole to mówi że jest najedzony i pyta ile jeszcze musi zjeść łyżek. Nieważne jaka będzie moja odpowiedź: pięć, dziesięć, czy piętnaście – negocjacje muszą być! Dlatego ja także wykorzystuję tutejsze zwyczaje i podaję wysoką „cenę wyjściową”, aby po zakończeniu negocjacji Wojtek zjadł tyle, ile należy :)


Wojtek uczy się negocjacji od najlepszych

Wieczorna modlitwa

Muzułmanie modlą się pięć razy dziennie: przed świtem około 5 rano, w południe, po południu, tuż po zachodzie słońca (około godz. 20.00), a ostatnia modlitwa przypada już dobrze po zmierzchu. Jest to niesamowite wrażenie, kiedy zaraz po tym jak słońce schowa się za horyzont ze wszystkich stron rozlega się nawoływanie muezinów na wieczorną modlitwę. Dawniej muezini przed każdą modlitwą musieli wchodzić na wysokie minarety, aby z nich nawoływać wiernych. Obecnie na niemal wszystkich minaretach umieszczone są głośniki, a muezini nie muszą już pokonywać dziesiątek schodów pięć razy dziennie, lecz mogą zostać z wiernymi w meczecie.

Nawoływanie muezinów zawsze robi na mnie wrażenie – jest to jedna z rzeczy, które mnie fascynują nie tylko w Egipcie. Oczekiwanie jednak na zachód słońca na dachu meczetu sułtana al-Muajjada zbudowanego w 1415 roku i wieczorne śpiewy wysłuchane z tego miejsca to niezapomniane przeżycie. Byliśmy na pozimie minaretów i dźwięk rozchodził się na naszej wysokości przenikając nas wręcz dogłębnie.


Tuż po zachodzie słońca na dachu meczetu sułtana al-Muajjada

Okazuje się jednak, że to co fascynuje nas jako turystów może powodować pewne niedogodności dla nas - mieszkańców. Jak czekaliśmy na wizytę lekarską (tutaj do lekarza zazwyczaj chodzi się w okolicach godz. 20.00), to okazało się, że lekarz także ma zarezerwowany czas na wieczorną modlitwę i wówczas pacjenci muszą cierpliwie czekać, aż skończy.

niedziela, 20 lipca 2008

Z notatnika Chrisa: Hadż i ihram

Sobotni wieczór na lotnisku w Kairze. Samolot spóźniał się nieco, więc był czas na obserwację tego, co dzieje się na terenie portu lotniczego. Ludzie z kręgu kultury euro-atlantyckiej chodzili ubrani, jak to zwykle widać choćby na ulicach polskich miast. Podobnie ubrani byli ludzie z „czarnej” Afryki, choć fryzury afrykańskich kobiet zadziwiały swoją oryginalnością. Muzułmańskie kobiety jak zawsze miały chusty zakrywające włosy lub czasami całą twarz z wyjątkiem oczu. Było więc tak, jak zwykle do momentu, w którym przemknęło dwóch mężczyzn w strojach przypominających to, co zarzucał dawno temu na siebie Mahatma Gandhi – biały strój, a raczej tunikę i nic więcej z wyjątkiem prostych sandałów.

W pierwszej chwili pomyślałem, że to muszą być Hindusi należący do jakiegoś zgromadzenia religijnego. Było ich tylko dwóch, więc teoria ta wydawała się słuszna. Ciekawość nakazała mi przyjrzeć się im bliżej, więc poszedłem w tę samą stronę. Rzeczywiście ubrani byli w białe stroje przypominające ręczniki. Był to strój dwuczęściowy, pierwszy ręcznik przewiązany był w pasie, a drugi był rodzajem kaftana okrywającego górną część ciała. Nie były to zwykłe ręczniki, ponieważ kaftan miał wyraźne zatrzaski pozwalające na zapięcie go z przodu – czyli w tym wszystkim była jakaś prawidłowość! Wróciłem na swoje miejsce w poczekalni, zacząłem coś czytać, a kiedy podniosłem ponownie głowę zobaczyłem, że liczba mężczyzn w ręcznikach gwałtownie wzrosła. Spacerowali lub siedzieli oczekując na swój lot, i okazało się, że to nie hinduska sekta, ale muzułmanie. Przybywało ich z każdą chwilą, a części z nich towarzyszyły ich żony. Mężczyźni zostawiali na chwilę żony w poczekalni, zabierali kosmetyczki oraz ręczniki i udawali się do łazienki, a wracali już w białych strojach. Tego wieczora nie dowiedziałem się, o co dokładnie chodziło. Zapewne o wyjazd do Arabii Saudyjskiej i pielgrzymkę do Mekki, ale wyjaśniło się to później.

Mój kolega, muzułmanin, wytłumaczył mi wszystko kilka dni później. Ludzie na lotnisku wybierali się na „Hadż”. Jest to pielgrzymka, w czasie której muzułmanie zobowiązani są do przyodzienia się w prosty strój złożony tylko z białej szaty. Poza tym nic więcej: żadnej bielizny, podkoszulków, butów (no może tylko zwykłe klapki na nogi), żadnego nakrycia głowy, tylko prosta jednowarstwowa szata –ihram – która w dzisiejszych czasach składa się z dwóch specjalnych ręczników. Przed założeniem tego stroju muzułmanin musi się umyć i ogolić. Moment obmycia i przywdziania szaty wyznaczony jest na ostatnie chwile przed opuszczeniem swego kraju tak, aby wjazd na teren Arabii Saudyjskiej dokonał się w odpowiednich warunkach i zgodnie z tradycją. Zwykłe ubranie można ubrać dopiero po zakończeniu pielgrzymki, czyli najwcześniej po dwóch dniach. I tak oto wyjaśniła się sprawa tajemniczych ręczników …

sobota, 19 lipca 2008

Wesela i nie tylko

W bocznych przecznicach, niejednokrotnie koło meczetów, na jakiś czas pojawiają się kolorowe uliczki. Są one bardzo intrygujące - pojawiają się, aby niedługo potem zniknąć. Okazało się, że w tym właśnie miejscach orgaznizowane są wesela i nie tylko ... czasami także stypy. Ozdoby niezależnie od okoliczności są takie same - różnią się tylko przewagą określonego koloru: czerwony i żółty dedykowane są weselom, podczas kiedy niebieski - stypom. Jako ozdoby weselne nie stosuje się kwiatów, lecz plastikowe lampy ze światełkami choinkowymi, wewnątrz których siedzą lalki.


Tutaj niedawno było wesele

czwartek, 17 lipca 2008

Zdążyć przed Ramadanem!

Niedawno rozpoczął się sezon na mango. Mamy w ogrodzie dwa drzewa mango, z których regularnie spadają owoce i są przepyszne. Musimy jednak uważać na głowy, aby nie wrócić z guzem. Niestety nasz ogrodnik także bardzo je lubi i jest szybszy - rano zbiera wszystkie owoce, które w nocy spadły z drzewa. Dlatego dziś rano Wojtek jak tylko wstał z łóżka zawołał "Musimy zdążyć przed Ramadanem!"

Ramadan w tym roku zaczyna się dopiero we wrześniu, ale Ramadan to także imię naszego ogrodnika.

środa, 16 lipca 2008

Wolny kraj

W krajach muzułmańskich kobiety bardzo często ubierają się w tradycyjny sposób – noszą ubrania od stóp do głów, golfy z długimi rękawami niezależnie od tego, jak bardzo jest gorąco, a głowy i szyje zakrywają chustami. Najbardziej tradycyjne kobiety mają zakryte twarze i czarne rękawiczki tak, że z całego ciała widoczne są tylko oczy. Takie stroje najczęściej wynikają z przekonań osób, które je noszą ale pomagają także w ukryciu się w tłumie. Jeżeli ubierasz się w tradycyjny sposób to znak, że nikt nie powinien Cię zaczepiać na ulicy. Muszę przyznać, że wydzielone „tylko dla kobiet” dwa wagony metra to bardzo dobry wynalazek. Gdy jechałam w takim wagonie czułam się bardzo komfortowo, tym bardziej że z europejskim typem urody wyróżniam się na ulicy i budzę pewne zainteresowanie.

Z drugiej jednak strony jest spora grupa, szczególnie młodych egipcjanek, które noszą tak kuse stroje, że ja nie wyszłabym w takim na tutejsze ulice. Podobnie jak w innych krajach młodzi chodzą na dyskoteki i bawią się do rana. A na ulicach widuję tyle zakochanych i przytulających się par, co w innych miastach świata - a może więcej, bo zakochani wychodzą wieczorem tłumnie na spacery.

A już na ulicach – to dopiero swoboda! Piesi przechodzą przez jezdnie tam, gdzie przyjdzie im to do głowy, nawet jeśli jest to kilkupasmowa autostrada i samochody pędzą z prędkością ponad 100 km na godzinę. Kierowcy nie przestrzegają żadnych znaków drogowych, parkują na środku ulicy nie przejmując się, że blokują innym drogę. A gdy wjadą w złą ulicę, to cofają niezależnie od tego, jak duży korek powodują. Co więcej na każdym rogu jest co najmniej (!) jeden policjant, który nie dość że Cię nie upomni i nie da mandatu to jeszcze za drobną opłatą zablokuje ruch, aby umożliwić Ci wycofanie do żądanego przez Ciebie miejsca. I co ważne nikt (przynajmniej na razie) nie stosuje tak restrykcyjnych reguł jak w Unii Europejskiej, np. jaki powinien być kąt zagięcia banana.

poniedziałek, 14 lipca 2008

Palmowe liście

W Maadi, gdzie mieszkamy, jest jak w przepięknym ogrodzie. Jest tutaj bardzo różnorodna roślinność zaczynając od malw, które jak wcześniej nam się wydawało są kwiatami charakterystycznymi dla polskiej wsi, poprzez cudnie kwitnące akacje i hibiskusy kończąc na drzewach rosnących w lasach tropikalnych, z których gałęzi zwisają korzenie. Ogrody są tutaj bardzo zadbane, a palmy wyglądają wręcz wzorcowo. Odkąd przyjechaliśmy zastanawiałam się, w jaki sposób obcina się suche liście palm. Oczami wyobraźni widziałam samochód z podnośnikiem, jakich używa się w Polsce do wymiany żarówek w lampach umieszczonych przy jezdniach. Nie potrafiłam jednak wyobrazić sobie takiego samochodu wjeżdżającego do poszczególnych ogrodów, aby tam oczyścić palmy. Jak się jednak okazało, metody wykorzystywane w Egipcie są znacznie prostsze – wystarczy przecież postawić prostą metalową konstrukcję, po której wejdą ludzie (skoro nie używają pasów bezpieczeństwa w samochodach, to i dlaczego mieliby korzystać z jakichkolwiek zabezpieczeń podczas wspinaczki). Praca oczywiście musi być zespołowa – jeden obcina liście, a pozostali mu asystują i odbierają ścięte liście, aby następnie zrzucić je na ziemię (wydaje mi się, że tutaj siła grawitacji działa tak samo, jak w Polsce :). Poza tym tutaj nic nie może się zmarnować – okazuje się, że takie liście mogą służyć do zamiatania ulic.

niedziela, 13 lipca 2008

Koptyjski krzyż

Dzielnica koptyjska jest dość specyficznym miejscem. Jest bardzo stara i zapewne dlatego znajduje się poniżej poziomu ulic w Kairze . Aby do niej wejść schodzi się po schodach i przechodzi przez bramę, która prowadzi jakby do innego świata. Ulice stanowią znajdujące się bardzo blisko siebie ściany o wysokości kilku metrów. Przez jedną z uliczek trudno się przecisnąć – nie dość, że jest ona bardzo wąska to tarasuje ją stolik, przy którym na oczach przechodniów wykonuje się tatuaże. Dzisiaj stał tam mężczyzna, który miał wykonywany tatuaż na wewnętrznej części nadgarstka. Obok stali gapie.

Koptowie w tym właśnie miejscu ręki mają wytatuowany krzyż złożony z pięciu punktów. Nie widząc jeszcze, jaki tatuaż ma robiony mężczyzna zapytałam na migi siedzącą tam starszą kobietę, czy będzie to krzyż koptyjski. Przytaknęła mi, po czym wskazała na mnie myśląc, że to ja chcę zrobić sobie tatuaż. Pokręciłam głową, że "nie, dziękuję", po czym ona zapytała na migi „dlaczego?”. Postanowiłam bezpiecznie się oddalić.

Jakie było moje zdziwienie, kiedy wracając zobaczyłam 4-5 letnią dziewczynkę czekającą na wytatuowanie krzyża. Podczas wykonywania pierwszej kropki rozległ się jej przeraźliwy krzyk. Nie chciałam tego oglądać! Czy nie można było poczekać z tatuażem, aż dorośnie? Ale nie mnie oceniać tutejsze zwyczaje ...

* * *
Przeczytaj także:
Drzwi Symboli - symbolika krzyża
Koptyjskie miejsca w Egipcie cz.1 cz.2 cz.3

sobota, 12 lipca 2008

Z notatnika Chrisa: Pierwsze pożegnanie z Sudanem

Miałem wyruszyć na lotnisko w Chartumie o godzinie 16:30. Piętnaście minut wcześniej przyjechał kolega, który ponoć usłyszał na mieście, że lada moment ma się pojawić na ulicach wojsko, ponieważ coś się szykuje – ale co i dlaczego, tego nie wiedział. Okazało się że to fałszywy alarm, ale przy obecnych niepokojach i strzelaninach w Darfurze, ludzka wyobraźnia działa ze zdwojoną mocą, tym bardziej że bojownicy z Darfuru kilka tygodni temu podeszli do granic miasta chcąc przejąć nad nim kontrolę. Droga z biura na lotnisko wiedzie wzdłuż dużego placu, na którym kilka tygodni temu rozbił się jeden z największych samolotów transportowych – Antonow. Jego szczątki nadal leżą porozrzucane wokół. Niewiele dalej na terenie lotniska stoi na wpół wypalony wrak samolotu pasażerskiego – tu na szczęście do pożaru doszło w czasie, gdy samolot stał na płycie lotniska i nie było w nim ludzi. Wrak stoi i chyba nikt się nim nie zajmie przez najbliższe lata.

Po takich obrazkach aż chce się wsiąść do samolotu. Na lotnisku najpierw było pierwsze prześwietlanie bagażu, następnie po sprawdzeniu danych na papierowej liście pasażerów otrzymuje się bilet. Na sudańskich lotniskach nie działa system elektroniczno-internetowy więc wiele czynności wykonuje się ręcznie. Dalej jest drugie prześwietlanie bagażu, a ci którzy mają mniej szczęścia przechodzą jeszcze rewizję bagażu przy samych drzwiach do samolotu na płycie lotniska.

Dalej na szczęście było już normalnie – tuż po starcie samolotu można podziwiać Nil Biały i Nil Błękitny łączące się w jeden Nil pomiędzy Chartumem a Omdurmanem, tam gdzie przekracza się próg do Afryki …

czwartek, 10 lipca 2008

Z notatnika Chrisa: Przybysz z Egiptu w Chartumie

Przybysz z Egiptu, który wyrusza na ulice sudańskiego Chartumu na początku zastanawia się, o co chodzi w ruchu ulicznym. Ja już się trochę przyzwyczaiłem do kairskich realiów i tego, że sygnalizacja świetlna na ulicach jest wyłącznie ładnie migającą ozdobą. W Kairze nikt nie przejmuje się tym, czy jest akurat czerwone, zielone czy też żółte światło, wszyscy jadą zachowując bardzo ograniczone zaufanie do innych kierowców i jakoś się to kręci. W Chartumie na pierwszym skrzyżowaniu bardzo się zdziwiłem, kiedy kierowca zatrzymał się na czerwonym świetle. Szczerze mówiąc przeszło mi wręcz przez myśl, że to jakaś niezdara i boi się wjechać na skrzyżowanie. Okazało się jednak, że to ja się mylę, ponieważ w tym mieście wszyscy przestrzegają sygnalizacji świetlnej.

Sam Chartum jest dość nowym miastem i nie znajdzie się tutaj starych zabytkowych budowli. Jest kilka meczetów z XIX wieku, ale Chartum to raczej tutejsze Nowe Miasto. Kluczową rolę odgrywa tu Nil, który w tym miejscu łączy wody Białego i Błękitnego Nilu w jedną rzekę. Naprzeciwko Chartumu, po drugiej stronie Nilu ulokowany jest Omdurman, dawna stolica Sudanu. Tutaj można znaleźć stary bazar i odszukać „Drzwi do Afryki”, która w swej prawdziwej formie gdzieś tu się zaczyna. Chartum i Omdurman są swego rodzaju wyspą na mapie Sudanu, ponieważ jest tu nowocześnie, bezpiecznie i światowo, choć oczywiście ubóstwo widoczne jest w wielu miejscach, a ludzie wyrażają swoje niezadowolenie przed ministerstwami.


Protesty przed ministerstwem

Wyruszając jednak dalej na zachód lub południe wszystko zmianie się na gorsze. W Darfurze cały czas jest niespokojnie, prowincja ta chciałaby się odłączyć od reszty Sudanu. Tak samo jest z resztą z południem Sudanu. Tam w kilku miejscach trwają obecnie regularne walki. Powody dążeń separatystycznych są jak zwykle takie same: bogactwa naturalne i chęć objęcia władzy. Co dalej będzie z Sudanem – tego nikt nie wie. Afryka jak zawsze jest nieprzewidywalna ...

środa, 9 lipca 2008

Prażona kukurydza

Ludzie w Kairze żyją na ulicy - siedzą przed domami oraz sklepami i rozmawiają, palą shishe, modlą się, piją gorącą herbatę przynoszoną na tacy oraz jedzą tutejsze fast food'y zawijane w gazety. Zazwyczaj jest to egipski chleb (który wygląda jak placek) z humusem i różnymi drobnymi przekąskami, czasami z chipsami lub ryżem. Wędrując uliczkami Kairu pewnego razu zobaczyłam wózek do pieczenia kukurydzy - nie bardzo potrafię sobie wyobrazić, w jaki sposób ją przygotować, ale może Wy wiecie ...



PS. Wachlarz z piór służy do zmiatania kurzu. Jest tutaj obowiązkowym wyposażeniem każdego domu i sklepu - my mamy taki sam :)

wtorek, 8 lipca 2008

Z notatnika Chrisa: Krokodyla kup mi luby!

Wczoraj w Chartumie temperatura doszła to +46 stopni Celsjusza – wyższej temperatury jak dotychczas doświadczyłem tylko w saunie. Przy takich upałach wszystkie klimatyzatory w mieście pracują na najwyższych obrotach, a ludzie najczęściej pozostają w domu lub przynajmniej chowają się w cieniu. Są też specjalne samochody-lodówki, którymi co rano rozwozi się lód do przydrożnych barów, aby schładzać nim napoje. Czasami lód dostarczany jest z tych samochodów do barów przez gońców na rowerach. Dalej bryły lodu tnie się na mniejsze kawałki, a cięcie wykonuje się czym popadnie. Dziś rano w Omdurmanie widziałem jak używano do tego celu przedniej zębatki roweru na korbie.

Schładzanie za pomocą klimatyzacji ma też swoją lokalną specyfikę. Ze względu na codzienne czasowe przerwy w dostawach prądu, znacząca większość domów i wszystkie biurowce wyposażone są we własne generatory prądu – przy domach mieszkalnych montuje się je w specjalnych klatkach od strony ulicy, aby umożliwić łatwe dolewanie paliwa do zbiornika.



Aby uniknąć ugotowania żywcem, a jednocześnie coś zobaczyć, wybrałem się z samego rana na suk (targ) do Omdurmanu. Jest to dzielnica z plątaniną wąskich uliczek, na których można kupić niemal wszystko. Ulice są podzielone tematycznie, i tak na jednej są złotnicy, na kolejnej obuwnicy, dalej uliczki z ubraniami, z pamiątkami, podeszwami do butów, można też kupić garbowane skóry na buty, kurtki lub torebki, są ulice z rzeczami dla dzieci, z artykułami chemicznymi, przyprawami, itd.

Ciekawostki są dostępne szczególnie w sklepach z pamiątkami z Sudanu. Można tu nabyć całe skóry krokodyli lub węży, są hebanowe figurki, korale i wisiorki, maski, popielniczki umieszczone na oryginalnej głowie krokodyla oraz wszelkie inne wyroby z krokodyla, węża lub wielbłąda – torebki, portfele, buty, kapcie i co tam jeszcze się da.

Atmosfera na targowisku w Omdurmanie jest prawdziwie afrykańska i różni się znacznie choćby od tej w Kairze. Praktycznie nie ma chodników lub asfaltu – wszędzie rdzawy piasek, tragarze i roznosiciele herbaty przemykają nieustannie w każdym kierunku, sprzedawcy orzeszków nawołują i zachwalają swój towar, a większość ludzi ubiera tradycyjne stroje i nakrycia głowy. Tu zaczyna się prawdziwa Afryka…

poniedziałek, 7 lipca 2008

Z notatnika Chrisa: W drodze do Chartumu

Zaczęło się nieźle. Po przyjeździe na lotnisko w Kairze okazało się że przy kontroli granicznej mam zapłacić dodatkową kwotę za przekroczenie trzech miesięcy pobytu w Egipcie. Było to trochę dziwne, ponieważ owe trzy miesiące jeszcze nie minęły. Poproszono mnie do biura pograniczników i zaproponowano zapłacenie 150 funtów egipskich. Zapytałem za co, ale urzędnik nie mówił po angielsku. Chyba jednak sprawdzili coś w systemie, ponieważ po chwili bez dodatkowych opłat przepuścili mnie przez granicę. Spojrzałem raz jeszcze do paszportu i faktycznie, ostatnia pieczątka wjazdowa była z 19 kwietnia, ale cyfra 9 na tej pieczątce była dopisana ręcznie. Pewnie podejrzewali że chcę być sprytny i że sfałszowałem datę, ale jak widać egipski elektroniczny system graniczny jest jak Cyganka – zawsze prawdę ci powie.

Poszedłem do strefy odlotów i zacząłem szukać mojego lotu. Co ciekawe o wyznaczonej godzinie nie było żadnego lotu, ani do Chartumu, ani w żadnym innym kierunku, ale po chwili mój lot się znalazł. Był pół godziny później, ale napisano że jest to lot do Chartumu przez Nairobi (Kenia). No to zapowiadała się niezła podróż i niestety strasznie długa. Nie dość, że o innej godzinie i przez Nairobi to jeszcze odlot się spóźniał i to coraz bardziej. W końcu jednak coś się ruszyło, jest sygnał do przejścia do Gate’u. I tu nareszcie ktoś mówi biegle po angielsku więc zapytałem o której samolot doleci do Chartumu i czy muszę przejść do innego samolotu w Nairobi, i otrzymałem wspaniałą wiadomość – pomimo iż na tablicy odlotów jest to lot do Chartumu przez Nairobi, to w rzeczywistości jest to lot do Nairobi przez Chartum i że na miejscu będę zaledwie dwie godziny później niż planowano.

Dalej było jak zwykle, czyli na pokładzie niezłe kenijskie jedzenie i kenijskie piwo TUSKER (4,2 Vol – nieźle!), do tego napisy w tamtejszym języku i sporo Kenijczyków na pokładzie. Obok mnie siedziała kobieta, której włosy zaplecione były w niezwykłe warkoczyki w kształcie długich „dżdżownic” splecionych ze sobą. Nie wiem jak robi się taką fryzurę, ale było to dzieło sztuki.

W Chartumie wszystko zaczęło się jak zawsze: oczekiwany kierowca nie pojawił się po mnie na lotnisku, taksówkarz chciał zedrzeć ze mnie tyle pieniędzy ile się da (na szczęście znałem tutejsze stawki), a w hotelu na powitanie powiedziano mi że moja firma nie płaci za pokój i że jest to w mojej gestii – nie byłoby to problemem gdyby w Sudanie działały płatności elektroniczne, ale tutaj karty płatnicze można wyrzucić do kosza, a bankomaty jeszcze nie istnieją.


Postój taksówek

sobota, 5 lipca 2008

Głuchy telefon

Jutro chciałam wejść do Cairo Tower, z której roztacza się panoramiczny widok niemal na cały Kair. Mając jednak doświadczenie, że w niedzielę, która jest odpowiednikiem naszego poniedziałku, część atrakcji turystycznych jest nieczynna (na Khan al Khalili większość sklepów jest zamknięta, podobnie jak Bazar wytwórców namiotów) postanowiłam zasięgnąć informacji u źródła.

Wybrałam numer podany w jednym z przewodników – niestety w numerze brakowało numeru kierunkowego do Kairu. Wzięłam numer z drugiego przewodnika – nie odpowiadał! Zadzwoniliśmy do naszego kierowcy, który zdobył dla nas kolejne dwa numery telefonów. Próbowałam przez dobre pół godziny. Jeden numer był wciąż zajęty, a przy drugim nikt nie podnosił słuchawki.

Wreszcie udało się! Zapytałam, czy jutro wieża będzie otwarta, ale mój rozmówca nie wykazał zrozumienia i zaczął mówić coś po arabsku. Zapytałam, czy mówi po angielsku.
- Oczywiście – odpowiedział, ale dalej mówił w niezrozumiały dla mnie sposób.
Poprosiłam, aby chwilę zaczekał i pobiegłam po pomoc Chrisa, który trochę mówi po arabsku.
I wtedy mój rozmówca mnie zaskoczył: „What’s your name?” („Jak masz na imię?"). Tego już było za dużo! Ja nie zadzwoniłam na przyjacielskie pogaduszki, tylko dowiedzieć się, czy wieża jest jutro czynna. Szybko oddałam słuchawkę Chrisowi. Mój rozmówca jak tylko usłyszał męski głos mówiący po arabsku od razu się rozłączył ...

piątek, 4 lipca 2008

Miasto anten

Wszystkie kairskie budynki obwieszone są dwoma rodzajami przedmiotów. Pierwsze z nich to klimatyzatory i jest to całkiem zrozumiałe, a rzecz druga - anteny satelitarne. Jak widać na załączonym zdjęciu wydaje się, że każda rodzina zainstalowała swoją antenę. Dla wszystkich nacji bliskowschodnich i północno-afrykańskich dostępne są dzięki temu wszystkie kanały w języku arabskim, którym posługują się ludzie we wszystkich tych krajach (poza Iranem).



Wróćmy jednak do anten – teoria Chrisa mówi, że brak anten zbiorczych spowodowany jest jednym faktem: kto miałby o taką instalację dbać? W Egipcie każdy dba o siebie samego w znacznie większym stopniu niż w Europie, czy Ameryce Północnej. Z tego więc powodu każdy woli mieć własną antenę satelitarną, sam dba o własne mury mieszkania nawet jeśli mieszkanie jest w bloku, no i oczywiście klimatyzacja też musi być we własnym zakresie. Właśnie dowiedziałam się od naszego kierowcy, że własna antena satelitarna to także element budujący prestiż, podkreślający status materialny (mnie na to stać!) Mam wrażenie, że podobne podejście mieliśmy w Polsce jakiś czas temu, kiedy telewizja satelitarna była nowością i własny "talerz" na balkonie był synonimem luksusu.

czwartek, 3 lipca 2008

Galeria Kronik egipskich

Nie wyobrażam sobie życia bez internetu! Dzięki niemu mamy cały czas kontakt z rodziną i znajomymi, wiemy co dzieje się w Polsce, a Wy czytacie nasze opowieści ... A od dziś możecie także oglądać efekty nauki fotografii, którą także rozpoczęłam przez internet. Dzięki kursom na stronie www.betterphoto.com zaczęłam zastanawiać się, jak najlepiej pokazać to, co czuję mieszkając w jakże egzotycznym kraju, jakim jest Egipt. Zdjęcia, które zamieszczamy w Kronikach egipskich, które ilustrują nasze posty, są raz lepsze, raz gorsze, czasami wykonywane z jadącego samochodu lub wykonywane kompaktowym aparatem podczas trzymania Wojtka za rękę, aby nic go nie przejechało. Czasami jednak wyruszam na łowy, których efekty możecie zobaczyć na stronie Galerii - link znajduje się na prawym marginesie strony w sekcji "Zobacz koniecznie". Serdecznie zapraszam!

środa, 2 lipca 2008

Ile słoni zmieści się w Małym Fiacie?

Kiedyś taki właśnie dowcip opisywał skromną objętość, jaką projektanci firmy Fiat dali modelowi 126. W Egipcie samochody zazwyczaj są standardowych rozmiarów szczególnie, jeśli chodzi o taksówki. Nie zmienia to faktu, że kiedy zachodzi potrzeba, to pakuje się do nich ponadnormatywną liczbę pasażerów. Standardowo poza kierowcą powinny zmieścić się maksymalnie 3 osoby, no może cztery, ale niejednokrotnie spotykamy taksówki załadowane po brzegi sześcioma pasażerami: obok kierowcy siedzą dwie osoby, z tyłu trzy, a ostatnia osoba stoi pochylona nad trzema pasażerami z tyłu samochodu i aż trudno sobie wyobrazić, gdzie mieszczą się na przykład nogi wszystkich tych ludzi. Są jednak sposoby, aby do taksówki zmieściło się jeszcze więcej osób, ale to jest już wyłącznie przywilejem taksówek typu „kombi”. W takich samochodach zmyślni Egipcjanie zamontowali trzy rzędy foteli, z których ostatni jest w części bagażowej. Przy takim rozwiązaniu można pomieścić teoretycznie nawet i ośmiu pasażerów, choć takiego obrazka jeszcze nie widzieliśmy.


Tradycyjnie wystarczy kliknąć na zdjęcie, aby je powiększyć

Pamiętajmy jednak, że poza samochodami po drogach i ulicach Egiptu poruszają się też motocykle. Tutaj sytuacja bywa równie zaskakująca. Zazwyczaj liczba osób na motocyklu jest zgodna z przepisami, czyli kierowca i pasażer, ale egipski zmysł optymalizacji potrafi zdziałać cuda. Wielokrotnie widywaliśmy motocykle wiozące cztery osoby, a raz nawet na jednym motorze typu WSK jechało PIĘĆ (!) osób. Przecieranie oczu nic nam nie dało – tam nadal było ich pięciu.

wtorek, 1 lipca 2008

Czwarte urodziny

Dzisiaj Wojtek obchodził czwarte urodziny. Był tort, balony i prezenty. Okazało się, że Wojtek jest tak szczęśliwy, że przed zdmuchnięciem świeczek nie mógł szybko wymyślić żadnego życzenia. Później w domu powiedział, że w Egipcie jest tak fajnie, że chciałby tu zostać tutaj dłużej, a noce są tutaj krótsze niż w Polsce (Wojtek ma tyle atrakcji, że wieczorem od razu zasypia).


Wojtek był tak przejęty, że usiadł z wrażenia