środa, 18 marca 2009

Brytyjski system edukacji

Joanno, specjalnie dla Ciebie moje spostrzeżenia. Myślę, że każdy z nas ma inne doświadczenia, więc osoby chętne do podzielenia się swoimi zapraszam do dyskusji.

Analogicznie, jak w odwiecznym sporze „co było pierwsze: jajko czy kura?” tak i w przypadku wieku rozpoczynania edukacji przez dzieci zdania są podzielone. Koleżanka ze Skandynawii, która ma męża Brytyjczyka słusznie zauważyła, że pomimo różnicy dwóch lat w wieku rozpoczęcia edukacji szkolej między Skandynawami (zaczynają w wieku 6 lat analogicznie, jak polskie dzieci), a Brytyjczykami, którzy zaczynają w wieku lat 4, zdobyta wraz z zakończeniem studiów wiedza jest analogiczna. Tak więc może nie wiek rozpoczęcia jest ważny lecz sposób jej zdobywania. Zgadzam się jednak, że polskie szkoły nie są na to przygotowane: nie ma odpowiednio małych toalet, dobrze wyposażonych placów zabaw, a chyba nie chcemy aby takie małe dzieci siedziały cały dzień w ławkach ...

Co robi na mnie wrażenie w brytyjskiej szkole, do której chodzi Wojtek:
- dzieci uczą się współpracy: w klasach zarówno młodszych, jak i starszych dzieci siedzą przy okrągłych stołach (po 8 osób przy jednym), a nie plecami do siebie. Zajęcia we wszystkich klasach zaczynają się od rozmowy na tematy związane z zajęciami, podczas której wszystkie dzieci siedzą wokół pani na dywanie. Raz w tygodniu przy wypożyczaniu książek z biblioteki dzieci ze starszych klas czytają te książki młodszym. Ponadto każda klasa podzielona jest na 3 zespoły: Sakkara, Giza i Memphis między którymi w ramach całej szkoły odbywa się rywalizacja w rozmaitych dziedzinach: pięknego pisania, pływania, etc. Tak więc każdy pracuje na sukces swojej drużyny niezależnie od wieku i klasy, do której chodzi.

- system zachęcający do nauki: w młodszych klasach pani nie zmusza dzieci to pisania, lecz w czasie, kiedy dzieci bawią się obserwuje co cobią i kiedy np. ładnie piszą poszczególne litery bawiac się w szkołę, czy pocztę zapisuje to w swoich notatkach. Dzieci uczą się przez zabawę, np. ucząc się o Indianach zorganizowany był Tydzień Indiański i ostatniego dnia dzieci przyszły do szkoły przebrane za Indian, odtańczyły dla rodziców „Taniec Deszczu”, a na koniec miały prawdziwą ucztę indiańską z dań przygotowanych przez rodziców na podstawie otrzymanych od pań „indiańskich przepisów”. Co drugi dzień Wojtek dostaje książkę do nauki czytania. Książki są lekkie, bo mają zaledwie 8 stron. Są śmieszne, więc dzieci je lubią. Teraz rozumiem skąd bierze się brytyjski humor :)

Dzieci uczą się przez zabawę, np. dni tygodnia uczyły się śpiewając piosenki, a obsługi koputera rysując domki z piernika w Paint’cie. Sale są kolorowe, pełne wiszących informacji (nie tylko na tablicach, jak w naszych szkołach) – np. także na środku klasy na sznurkach, liczby do skakania są przyklejone na podłodze. Młodsze dzieci, np. klasa Wojtka ma własny plac zabaw połączony z klasą, tak więc dzieci nie siedzą cały dzień w ławkach, lecz bawią się na dworze. Oprócz tego w czasie półgodzinnych przerw bawią się na placach zabaw wspólnych dla całej szkoły. Dla dzieci, które mają problemy z wybranymi przedmiotami w czasie szkoły odbywają się zajęcia wyrównujące, np.Wojtek ma dodatkowe zajęcia z angielskiego. Nie ma mowy o zostawaniu po lekcjach, czy tak modnych u nas korepetycjach!

- poczucie przynależności: każda klasa ma swoją salę,w której każde dziecko ma swoją przegródkę na rzeczy. Pomimo, że wybrane zajęcia odbywają się w „specjalistycznych salach” (np. jest odrębna sala komputerowa, do plastyki, gotowania, etc.) to jest to bazowe miejsce, do którego dzieci zawsze wracają. Przy wejściu do klasy wiszą ich zdjęcia (w zależności od przerabianych zagadnień, są to zdjęcia z wieku niemowlęcego, lub zdjęcia, które dzieci samodzielnie poprzerabiały komputerowo).

Rozumiem, że szkoła do której chodzi Wojtek jest szkołą prywatną, ale jednak mi żal, że naszym szkołom tak daleko do takiego modelu ...

4 komentarze:

joanna pisze...

Dziękuję Aniu :))
To budujące, że są takie szkoły. Jest skąd brać doświadczenie i przykład, nie trzeba wyważać otwartych drzwi...
Ciesze się, że mój syn już studiuje, bo okres przedszkola (dla niego) i szkoły (bardziej dla mnie) nie był dobry...
Krótko: przedszkole państwowe - zmuszanie dzieci do jedzenia, po czym następowały wymioty, ciasne sale, kultura wychowawczyń poniżej zera - przeklinały do dzieci (dowiedziałam się o tym ostatniego dnia, kiedy Artur już odchodził)
Zerówka to totalna pomyłka, mydlenie oczu, że dziecko się uczy...

Po tych doświadczeniach mocne postanowienie: szkoła prywatna/społeczna. Było lepiej - mniej dzieci, dobrani pedagodzy ale warunki ciężkie, bo w pomieszczeniach nie przystosowanych do szkoły ;)
Wiele pozostawiał do życzenia program nauczania i tak pozostało pewnie do dziś.

Kuzynka - nauczyciel z zamiłowania i powołania, ucząca w klasach 1-3 (w szkole państwowej!) własnie tak prowadziła zajęcia ze swoimi dzieciaczkami - często na podłodze, ławki ustawione w koło, dużo kolorowych pomocy naukowych, zabawa, współpraca...Ale jej się chciało, wracała do domu i tylko myślała co jeszcze zrobić, co ciekawego wymyślić...Nie stawiała ocen, dla rodziców były opisy słowne wyników nauki.
Ona dla mnie jest przykładem, że jeśli się chce, to nawet w małym miasteczku można prowadzić lekcje na światowym poziomie, a było to 15 lat temu :))

I jeszcze jedna obserwacja: jaka jest organizacja szkoły zależy od dyrektora. W liceum, gdzie dyrektorka (przepraszam za słowa, ale tak było i tylko tak mogę to określić) miała jaja - wszystko chodziło jak w zegarku: nie było problemu gołych brzuchów, tipsów i makijażu u dziewcząt, chamstwa u chłopców czy innych plag ich wieku. Miała autorytet, nie łamała składanych młodzieży obietnic, a oni ją szanowali. Dobierała sobie dobrych nauczycieli, współpracowała z rodzicami (m.in. ze mną ;))

Bardzo przeszkadza mi podział szkoły na krótkie etapy, bo gdy już w podstawówce dzieciaki zaprzyjaźniały się, trzeba było zmieniać szkołę na gimnazjum (3 lata), a za chwilę liceum (również 3).
Nie wspominam o podstawach programowych, o nieskończenie wielkiej ilości podręczników dopuszczonych do nauczania (czy ktoś je kiedykolwiek przeczytał?), o starych metodach nauki - od-do, bez udziału samodzielnego myślenia.
Osobny problem - kadra nauczycielska - kto uczy nasze dzieci? Wystarczy poczytać forum Gazety Wyborczej dla nauczycieli - jakie mają problemy z uczniami, programem, ze sobą!
To chyba w Finlandii na studia nauczycielskie przyjmowani są najlepsi uczniowie.

Rozpisałam się - przepraszam :)
Temat rzeka, na dodatek ogromnie ważny, bo to dzieci, młodzież... I spędzają w szkole większość czasu. A my mamy tak mały wpływ na to miejsce (dlatego jak tylko mogłam 'działałam' z mniejszym lub większym skutkiem).
Pozdrawiam

Roqaya pisze...

bardzo fajna szkola, jestem pod wrazeniem. jedyne co moge powiedziec ze w podstawowce do ktorej chodzilam w Polsce milion lat temu tez mielismy swoje miejsce bazowe z szafeczkami. i tyle ;-)

z ciekawosci zapytam co to za szkola. my co rpawda mamy jeszcze kilka lat do rozpoczecia nauki coreczki ale warto wiedziec jakie fajne miejsca oferuje Kair.

Kroniki egipskie pisze...

Joanno, przepraszam za opóźnienie w odpowiedzi, ale jak zwykle tyle się działo ...

To smutne, że masz takie przykre doświadczenia z polskimi szkołami i przedszkolami :(

Muszę przyznać, że nasze doświadczenia z polskim państwowym przedszkolem były dobre. Po roku chodzenia do prywatnego przedszkola znajoma przeniosła dziecko do państwowego i także była zadowolona. Jednak porównując obecną Wojtka szkołę z polskim przedszkolem widzę, jak dużo nam jeszcze brakuje ...

Trzymam kciuki, aby polski system edukacji ewolucyjnie zmieniał się na lepsze bez używania po raz kolejny wielkiego słowa "Reforma", które w moim rozumieniu oznacza wywrócenie wszystkiego do góry nogami, niekoniecznie na lepsze ...

Kroniki egipskie pisze...

Rogaya, szkołę gorąco polecam:
http://www.mbisegypt.com/

Aż sama żałuję, że nie mogę do niej chodzić ;)