środa, 4 marca 2009

Z notatnika Chrisa: Morskie potwory

Kierunek obecnego wyjazdu to Libia, a dokładnie Trypolis. Miasto bardzo różnorodne ze względu na ludzi oraz architekturę. Spotyka się tu mieszkańców niemal wszystkich zakątków Afryki, a do tego przewijają się przedstawiciele innych kontynentów. Dla mnie - Europejczyka, rozróżnienie kto jest kim nie jest proste. Czasami łatwiej jest rozpoznawać po tym, czym się kto zajmuje i tak: Egipcjanie zajmują się prostą budowlanką i wielu z nich czeka przy drogach, z narzędziami w ręku, na jakąkolwiek pracę, Filipińczycy zajmują się sprzątaniem, są też nacje specjalizujące się we fryzjerstwie, podczas gdy Libijczycy zajmują się … czym właściwie się zajmują tego dokładnie nie wiadomo. Na pewno są kierowcami, prowadzą jakieś interesy i łowią ryby …

I tu właśnie pora przejść do sedna opowieści. Po dniu spędzonym w biurze wybraliśmy się na kolację. Znajmy Libijczyk zaproponował ryby, które miały być świeże, prosto z morza i w wielu gatunkach. Przebyliśmy więc kawał miasta i dotarliśmy w końcu do targu rybnego. Kiedy tylko zagłębiliśmy się nieco w targową uliczkę, naszym oczom ukazały się stoiska ze wszystkimi morskimi stworzeniami, jakie mogłem sobie wyobrazić, pomimo iż nie znałem większości ich nazw. Były duże ryby-miecze, pomarańczowe ryby pokryte trującym śluzem, ośmiornice, ostrygi, ryby duże, małe, podłużne, paletkowate, słowem wszystko, co da się złowić w Morzu Śródziemnym. Wspaniałości tego miejsca dopełniał fakt, że targ rybny był jednocześnie wielką restauracją i po wskazaniu palcem na wybrane stworzenie można było je mieć po kilkunastu minutach na talerzu. Moim wybrańcem został stwór przypominający nieco wielkiego raka, który zamachał jeszcze do mnie swoimi wieloma nogami. A potem … po dłuższej chwili pojawił się przede mną na stole wraz z sałatkami. Smakował wspaniale!



0 komentarze: