piątek, 6 marca 2009

Z notatnika Chrisa: Trypolis - spacer po starym mieście

W tym tygodniu nad Trypolis nadciągnęły silne zachodnie wiatry, które przyciągnęły tumany piasku i kurzu. Słońce przestało być widoczne, a w powietrzu było tyle pyłu, że po chwili przebywania poza domem w zębach zaczynał chrzęścić piasek. Widoczność spadła do kilkuset metrów, a powietrze stało się dziwnie brunatne. Przedzierając się przez piaskową mgłę dotarliśmy do centrum Trypolisu, aby choć na chwilę zobaczyć starą część miasta z jego drobnymi uliczkami pełnymi przeróżnych sklepików i wszelkich towarów.

Stare miasto otoczone jest murem, ale nawet z tego muru ukochany przywódca spogląda na swój lud. Kadafi, bo o nim tu mowa, kiedyś tytułował się jako pułkownik, ale jakiś czas temu schował swój mundur do szafy i obecnie chce, aby Libijczycy nazywali go Wodzem lub Liderem. Ubiera się bardzo afrykańsko, wspiera wiele krajów czarnej Afryki i na swój sposób modernizuje kraj. Sformułowanie „na swój sposób” jest tu celowe, ponieważ ci, którzy go poznali twierdzą, że Kadafi uwielbia, gdy rzeczy dzieją się tak, jak to on zaplanował.



Wróćmy jednak na stare miasto. Piasek chrzęścił nadal w zębach, ale chęć poznania tego miejsca była silniejsza niż piaskowa burza. Zagłębiliśmy się w plątaninę wąskich uliczek. Jak to zwykle bywa w tej części świata, sprzedawane jest tu niemal wszystko: złoto praktycznie kapie z jubilerskich półek, ktoś sprzedaje rogale z czekoladą, dalej sprzedawca proponuje różne drobiazgi, z których każdy kosztuje zaledwie jednego dinara, gdzieś dalej są chusty i szale, piżamy i buty, a obok sklep z ciastkami. Ciekawe są tutejsze podwórza, których nie spotkałem w innych krajach tego regionu – przechodzi się do nich wprost z ulicy i stając po środku ma się dookoła całą masę sklepów. Trzeba bardzo uważnie się rozglądać, ponieważ często niepozorna brama lub wąskie przejście prowadzą właśnie na takie podwórze, które jest jak małe centrum handlowe. W sklepach z pamiątkami jest mieszanka tego, co można spotkać od Maroka po Sudan - są skórzane bransoletki dla pań, dokładnie takie same, jakie można kupić w sudańskim Omdurmanie, a z sufitu zwisają skóry krokodyli i długie wstęgi skór węży. To potwierdziło moje przypuszczenia o związkach handlarzy libijskich i sudańskich. Jak widać nawet tutejszy świat pamiątek dla turystów ulega globalizacji lub przynajmniej afrykanizacji.

0 komentarze: