sobota, 4 kwietnia 2009

Pocztowy labirynt - szczęśliwe zakończenie

... a nasza paczka leżała sobie na jednej z półek i wypłakiwała za nami oczy. Po naszym przyjściu Pierwsza Urzędniczka wpisała odpowiednią adnotację do swojej księgi i rozpoczęła swego rodzaju reakcję łańcuchową odsyłając nas do innej Urzędniczki odpowiedzialnej za sprawy celne. Problem jednak w tym, że tej Urzędniczki jeszcze nie było w pracy. Tak więc w międzyczasie poszliśmy do Urzędniczki numer 3, która dała nam dwie płachty druków formatu A3. Po wypełnieniu druków zanieśliśmy je z powrotem do Urzędniczki numer 2, która już przeszła do pracy. Ta wpisała coś do swojej księgi i odesłała nas do Urzędniczki numer 4. Ta znowu dokonała jednej adnotacji i odesłała nas do Urzędniczki numer 2. Urzędniczka ta rozdysponowała jakieś zadania dwóm innym Urzędniczkom (numer 5 i 6) i okazało się w końcu ile trzeba zapłacić za cło – a było co płacić. Początkowo miało to być 700 funtów (!), ale po negocjacjach skończyło się na 150-ciu.

Poszliśmy, więc zapłacić do Urzędniczki numer 7. Potem Urzędniczka numer 2 przekazała sprawę Urzędniczce numer 8, a ta miała za zadanie skontaktować się z „Uczonym w piśmie” (Urzędnik numer 9), aby sprawdzić czy nasze broszury mają odpowiednią treść. Urzędnik numer 9 wziął do ręki mapę Polski do góry nogami i zapytał, czy jest to mapa świata. Włożyliśmy między dokumenty 20 funtów i odpowiedzieliśmy, że jest to mapa Polski, a dla łatwiejszego i szybszego sprawdzenia wszystkich kilkudziesięciu broszur proponujemy przerzucić kartkę we wspomnianych dokumentach. Poskutkowało i magiczny stempel natychmiast wylądował we właściwym miejscu. Sprawa wróciła więc do Urzędniczki numer 8, a ta zapytała Urzędniczkę numer 10, ile należy zapłacić za to, że paczka przeleżała na poczcie kilkanaście dni. Urzędniczka nie była pewna, więc odesłała nas do Urzędnika numer 11 który wyliczył, że mamy zapłacić kolejne 150 funtów. Mój zdecydowany i poparty gestykulacjami protest spowodował, że wylądowaliśmy u Kierownika sali (Urzędnik numer 12), który w swej łaskawości złagodził wyrok do 30 funtów. To spotkało się z protestem Urzędniczki numer 10, która zażądała 60 funtów, więc sprawa raz jeszcze wylądowała u Urzędnika numer 12, który uprawomocnił swój poprzedni wyrok (30 funtów). Potem należało się już tylko udać do Urzędniczki numer 7, zapłacić owe 30 funtów i paczka była już w naszych rękach. Zdenerwowani, ale i szczęśliwi wyszliśmy z tego wspaniałego budynku – cała operacja trwała niecałe 2 godziny i 40 minut!


Szczęśliwie w domu :)

1 komentarze:

randosferuma pisze...

Ale się uśmiałem :)))), miałem deja vu, chyba czytałem to już w Asteriksie i Obeliksie ale ta wersja jest zdecydowanie lepsza :)))