poniedziałek, 19 października 2009

Na haj łeju, czyli nasze szoki codzienne

... i znowu miało być o czymś innym, ale barwna rzeczywistość zdominowała nasze życie. A to pewnie jeszcze nie koniec!

Jak wiecie od tygodnia mamy nowego kierowcę, który tradycyjnie nie zna dzielnicy, w której mieszkamy. A nie jest łatwo! Same gwiaździście rozchodzące się ronda, na dodatek wyglądające niemalże tak samo. I tak już piąty, czy szósty raz w tym roku pokazuję punkty charakterystyczne i kierunki ... Bo to przecież takie śmieszne, że proszę aby kierowca zapamiętał, gdzie jest posterunek policji, aby później wiedział, gdzie skręcić. No cóż ... teraz widzę, jak niełatwy jest zawód nauczyciela, szczególnie jeżeli uczniowie nie grzeszą inteligencją.

Ale nowy kierowca jest naprawdę wyjątkowy! Dwa dni temu miał nas o dziesiątej wieczorem odwieźć do domu, ale nie odbierał telefonu, bo ... w tym czasie modlił się w meczecie. Ale za to jak już niemal dojeżdżaliśmy taksówką do domu, to zapewniał nas telefoniczie, że był blisko, bo meczet, w którym się modlił jest przecież tuż koło Opery. Dzień później miał odebrać Chrisa z pracy i znowu pech – akurat robił zakupy w Carrefourze! I znowu był tak zajęty, że przez pół godziny nie mogł odebrać telefonu! I co z tego, że za każdym razem słyszymy „Sorry”, z którego kompletnie nic nie wynika. Ale dlaczego dzisiaj zamiast jechać prostą drogą do celu objechaliśmy wszystkie okoliczne ulice – tego już chyba nigdy nie zrozumiem. Przecież nie ma taksometru, aby mu płacić za przejechane kilometry ...

... a na haj łeju (high way – z angielskiego autostrada) zawsze mnie zaskakuje, co tym razem będą przewozić kreatywni kierowcy ;)



Przeczytaj także:
... taki amerykański!
Historie przydrożne
Ile słoni zmieści się w Małym Fiacie

5 komentarze:

Tribudragon pisze...

Tak, trzeba miec anielska cierpliwosc do kierowcow ;)

Juz chyba lepiej samemu prowadzic samochod ??

Agnieszka M pisze...

Aniu nie wiem jak to jest ale mam podobne odczucia,mianowicie zawsze jak ktos mnie gdzies zawozi (bynajmniej nie taksowkarz) to wybiera najdluzsza trase,gdzie zawsze jest ruch i mnostwo swiatel,choc zdarzy sie ze czesto zmienia droge i prowadzi mnie przez nieznane jeszcze okolice ;)

Kroniki egipskie pisze...

Tribu, oczywiście że lepiej samemu, ale jak się ma rodzinę, która jeździ w przeciwnych kierunkach i tylko jeden służbowy samochód to kierowca jest jak "darowany koń" - w zęby mu się nie zagląda ;)

Oczywiście, że lepiej jest mieć dwa samochody, ale ceny są tu kilkukrotnie wyższe niż w Europie, a samochód kupiony poza granicami Egiptu (po normalnych cenach) po pół roku od przekroczenia nim granicy trzeba wywieźć z powrotem lub oddać do egipskiej przechowalni na kolejne pół roku. Tak więc nie mamy zbyt wielu możliwości ... pozostaje nam ćwiczyć miłość do bliźniego ;)

Agnieszko, może oni po prostu szukają nowych przygód i nie chcą zbyt wcześnie wracać do domu ;)

Pchełka pisze...

Świetne zdjęcia :)) Pozdrawiam, a tak swoją drogą to chciałabym mieć kierowcę (no może czasami) - a jak tak bardzo chcę..to wtedy mąż prowadzi nie ja :))

Kroniki egipskie pisze...

Pchełko, kierowca jest przydatny, ale czasami chciałoby się od niego odpocząć ;)

PS. Od dzisiaj mamy kolejnego kierowcę, który świetnie mówi po włosku, ale ... nie mówi po angielsku ;) Tak więc dzisiaj ćwiczyłam arabski ...
Ale to jeszcze nie koniec!