wtorek, 10 listopada 2009

Lunch time

Jest 11.00 rano. Na ulicach coraz ciaśniej, szczególnie na chodnikach i krawężnikach. Zaczyna się pora lunchu. Na każdym niemal rogu znajduje się uliczna mikro-restauracja. Czasami to kolorowy drewaniany wózek, a czasami niewielka wnęka wciśnięta pomiędzy inne sklepy, w której na gorącym oleju smażona jest taamija, czyli kotlety z bobu, którymi między innymi nadziewany jest egipski chleb-kieszonka. Nie można zapomnieć o plasterku ogórka czy pomidora, czy piklowanych warzywach. Nierzadko taka kanapka zawijana jest następnie w gazetę – i już, gotowe! Można zajadać! A wszystko za 2-3 funty (1,5 – 2 złote).



A jedzą wszyscy i wszędzie. Zazwyczaj przycupną gdzieś na chodniku, stworzą grupę wokół metalowych talerzy wypełnionych tak popularnymi tutaj pastami: hummusem (z ciecierzycy, oleju i pasty sezamowej), fulem (z bobu) czy babaganusz (z bakłażanów), w których maczają chleb-kieszonkę. Co więcej często zapraszają innych do wspólnego jedzenia. Niektóre mikro-restauracje są oblegane bardziej, a inne mniej, ale najbardziej zaskakuje mnie jedna. Ilekroć tam przechodzę około godz. 11-12 jest zawsze otoczona przez sporą grupę mężczyzn, którzy wykrzykują, przepychają się, machają pieniędzmi, aby jak szybciej zapłacić. Czyżby to była najlepsza restauracja w mieście? Nigdy nie starczyło mi jednak odwagi, aby zrobić im zdjęcie, a już tym bardziej stanąć z nimi w szranki, aby wywalczyć swój lunch.





Przeczytaj także:
Gdy widzę słodycze ...
Czas na herbatę
Gąski, gąski do domu!

6 komentarze:

aga.b. pisze...

nagle zachciało mi się bardzo jeść....

Agnieszka M pisze...

oh matko jestem wielka fanka babagnoush i nie ma mowy,zeby jesc tameje bez niego :)

www.algierski.blog.onet.pl pisze...

Swoją drogą to ciekawa sprawa z tym jedzeniem, bo w niedalekiej Algierii zupełnie nie ma zwyczaju jedzenia na ulicy. Czasami nawet rozglądam się zaniepokojony wokół siebie, podgryzając na ulicy bagietkę, bo nikt oprócz mnie nic nie żuje. Nawet guma do rzucia nie jest tu popularna!.
Pozdrawiam,
Al-Gierczyk

Kroniki egipskie pisze...

Al-Gierczyku, Egipcjanie różnią się od wszystkich Arabskich sąsiadów.

Pokusiłabym się o stwierdzenie, że "żyją na ulicy", tzn. na ulicy jedzą, piją (na każdym kroku są tutaj pojemniki z wodą, z których może napić się każdy przechodzący, wynoszą na ulicę herbatę, aby wypić ją w towarzystwie), modlą się, odpoczywają oraz organizują rodzinne pikniki na każdym dostępnym skrawku zieleni, nawet jeżeli jest to skwer na środku ruchliwego ronda.

Dziewczyny,
życzę Wam smacznego!

Mój drugi blog pisze...

Kocham takie kulinarne wpisy! I uliczne jedzenie, choć wolę nie myśleć o tym w jakich warunkach jest przygotowywane! Dziękuję za wpis.

ZetKa pisze...

Ech, ten piekny wozek na pierwszym zdjeciu ;)
A jesli chodzi o jedzenie na ulicy, to ostatnio jak zjadlem taka "niehigieniczna" rybke z grilla w Maroku, to wszyscy zalowali, ze z obawy przed rozstrojem zoladka wykupili kolacje w hotelu... no tylko im sie to troche z Jezusem skojarzylo - ryba, chleb i jedzenie na ulicy, bez stolika, niczego