poniedziałek, 25 stycznia 2010

Z notatnika Chrisa: Gdzieś pomiędzy Kairem a Trypolisem

Dawno nie było mnie w Libii, a że przełom roku przyniósł kilka nowych powodów do wyjazdu, więc przyszło mi wsiąść do samolotu i polecieć na zachód od Kairu.
Loty w tym kierunku są czasami dość emocjonujące, ale też pokazują wiele prawdy o egipskim społeczeństwie. Ciekawostki pojawiają się już przy odprawie bagażowej, ponieważ zawsze przynajmniej połowa pasażerów to robotnicy jadący do Trypolisu za chlebem. Zabierają często ze sobą swoje narzędzia pracy – są więc piły, kielnie, dłuta, itp.

Potem następuje moment wyjścia z gate’u do samolotu. W takim momencie policjant informuje głośno pasażerów, że mają trzymać w ręce paszport i kartę pokładową i ma to być widoczne podczas kontroli. Powtarza to głośno i dobitnie, aby potem nie było szukania po kieszeniach galabiji.

Dalej pasażerowie wchodzą do samolotu i zajmują miejsca. W tym momencie połowa pasażerów gubi się dokumentnie, ponieważ dla nich zapisane alfabetem łacińskim znaczki są całkowicie nieczytelne. Następuje więc na początek coś w rodzaju „free seating” czyli część pasażerów siada gdzie popadnie, a potem są przeganiani przez drugą połowę pasażerów na swoje miejsca.

Kiedy wszyscy już w końcu siedzą i zapinają pasy następuje czas pożegnań z rodziną w Egipcie, co objawia się ostatnimi rozmowami telefonicznymi przed odlotem. Tak się przynajmniej zapowiada, ale okazuje się, że pomimo przekazywanej dobitnie informacji o konieczności wyłączenia telefonów komórkowych, rozmowy trwają w najlepsze jeszcze w czasie startu samolotu, gdy silniki wyją już pełną mocą, a maszyna podrywa się z ziemi. Oczywiście po starcie telefony nie są wyłączane, ale wręcz przeciwnie – z niektórych z nich zaczynają się wydobywać znajome dźwięki muzyki w stylu „habibi” – ot tak ku uciesze siedzących w pobliżu pasażerów. Stewardessy nie zwracają na to zupełnie uwagi – w końcu pewnie nie za to im płacą.

Czas leci, samolot też leci i w końcu na horyzoncie pojawia się Trypolis. I tu następuje powtórka z rozrywki – telefony znów idą w ruch i jeszcze przed dotknięciem ziemi rodziny w Egipcie wiedzą, że dany delikwent doleciał i właśnie ląduje. Po rozłączeniu się następuje kolejna fala rozmów, tym razem z przyjaciółmi w Trypolisie, którzy z pewnością czekają już na lotnisku, aby tego samego delikwenta odebrać i odwieźć w odpowiednie miejsce. Na sam koniec samolot szczęśliwie ląduje, a przylatujących wita niemłody już dworzec lotniczy w Trypolisie. Tu następuje odprawa paszportowa dokonywana przez policjantów ubranych zupełnie po cywilnemu, a na koniec skanowanie bagaży w poszukiwaniu alkoholu, którego status w Libii równy jest statusowi narkotyków. No i to już … na szczęście!

* * *
Przeczytaj także:
Suchy kraj
Zielono mi ...
Yalla, habibi!

1 komentarze:

aga.b pisze...

gratuluję stalowych nerwów! Dla mnie sam lot samolotem bez takich dodatkowych atrakcji jest wystarczająco stresujący.Fajnie opisane :-)