poniedziałek, 8 marca 2010

Z notatnika Chrisa: Marzec w Marrakeszu

Marzec w Maroku jest podobno jednym z najpiękniejszych miesięcy, ze względu na kolory wiosny, która właśnie w tym miesiącu przechodzi przez ten kraj. Przemierzając trasę z Casablanki do Marrakeszu, można nacieszyć oczy widokami pięknych wzgórz okrytych dywanem kwiatów i łąk, które dosłownie otulają wszystko po horyzont. Nawet dachy budynków pokryte są kwiatami, ponieważ tradycyjne chaty tutejszych rolników pokrywa warstwa ziemi, na której rośnie to samo, co pod stopami.

Pociąg snuje się pośród korowych pagórków, aż w końcu w oddali zaczynają ukazywać się budynki Marrakeszu. Potem te same budynki zaczynają przesuwać się za oknami wagonów, tyle że jedna rzecz pozostaje niezmienna – barwa. Wszystko, co zostało w Marrakeszu wzniesione ręką ludzką ma barwę ziemi, czyli brunatno-czerwoną. Co ciekawe taki kolor tutejszych budynków jest oficjalnie zatwierdzony przez lokalne władze i nikt nie ma prawa pomalować domu małego lub wielopiętrowego, urzędu czy meczetu na inny kolor. Nie wolno i już.

Drugi dominujący tu kolor to zieleń. Ilość parków, skwerów, trawników, i innych miejsc zieleni jest tu niezliczona. Sprawia to, że całe miasto składa się z trzech podstawowych barw: zieleni przyrody, brunatno-czerwonych budynków i wspaniałego błękitnego nieba.



Przyznam, że chyba jeszcze nigdy nie widziałem tak ciekawie urządzonego miasta – czasami wydaje się, że skwerów i parków jest tu wręcz za wiele, ale pewnie dzięki temu mieszkańcy czują się tu prawie jak w ogrodach Edenu. Przestrzeń pełna zieleni oddzielona jest od starego miasta pasami dawnych murów, za którymi ukryta jest Kasba i Madina. Obie części dawnego miasta pełne są wąskich i ruchliwych uliczek, które często są wypełnione po brzegi mieszaniną ludzi lokalnych i przyjezdnych. Oczywiście lokalni chcą sprzedać jak najwięcej swoich różności przyjezdnym, ale poza towarami na głównym placu Madiny sprzedaje się też wrażenia. Zaklinacze hipnotyzują swoje kobry, małpy z dziką radością wskakują turystom na głowy, akrobaci wyginają swoje ciała we wszystkie strony, aby potem stworzyć z tych ciał jakąś większą konstrukcję, ktoś obok gra w „trzy karty”, ktoś inny wyciska świeży sok owocowy lub sprzedaje daktyle, a jeśli ktoś ma problemy z uzębieniem to jest i sprzedawca protez, czyli sztucznych szczęk – można przymierzyć na miejscu. Ci którzy już mają czym gryźć, mogą kilka kroków dalej zakupić wszelkie możliwe potrawy poczynając od hot-dogów, a kończąc na wykwintnej kuchni francuskiej. Słowem mydło i powidło do kwadratu, a do tańca przygrywa kilkanaście kapel pustynno-podwórkowych.


"Łowienie" Coca-Coli

Podsumowując – trzeba to miasto zobaczyć, ponieważ tego nie opisałby nawet wspaniały radiowy sprawozdawca Tomasz Zimoch. Więc przybywajcie, oglądajcie i pamiętajcie, aby nie przepłacić za zabawę z wężem przewieszonym przez Waszą szyję albo skaczącą Wam po głowie małpę!



* * *
Przeczytaj także:
Rabat, czy to wciąż Afryka?
Casablanca, czyli tęsknota za Kairem

4 komentarze:

una invitada pisze...

huraaaaa!!! dziekuje bardzo za posta, bo Maroko to moje wielkie, o ile nie najwieksze marzenie. i w tym roku chce je spelnic. tanie loty otworzyly z Edynburga loty do Marakeszu i tak bardzo sie ciesze z tego powodu.
a post niezwykle fascynujacy i malownicze zdjecia. dziekuje i pozdrawiam !

ZetKa pisze...

W Maroku w ogole sa miasta z "oficjalnie" nadanymi kolorami, a wynika to z tradycji i dostepnych w przeszlosci lokalnych srodkow budowlanych ;)
Niestety, nie pamietam, ktore miasto to jaki kolor :(

Ewa pisze...

Doskonale napisane, zgadzam się w stu procentach - to miasto trzeba zobaczyć. Poczuć, powąchać, posłuchać i dotknąć też! :)

Ania pisze...

O Marakeszu marzę od dawna, jednak zawsze stawało coś na przeszkodzie i ostatecznie nadal tam nie dotarłam. Dziś, tak publicznie obiecuję sobie, że na wiosnę tam będę:) Świetny wpis:)