środa, 26 maja 2010

Z notatnika Chrisa: Zielona Książka w praktyce

Libia. Młody wódz rewolucji, Muammar El-Kaddafi na początku swojej kariery politycznej napisał i upublicznił manifest i zarazem program, jaki postanowił wdrożyć w tym kraju. Całość zawiera się w tak zwanej „Zielonej Książce”, która w Trypolisie dostępna jest też w języku polskim. Kaddafi stwierdził, że dotychczasowe systemy polityczne są całkowicie niedemokratyczne, ponieważ nawet sam parlament i jego wybór powodują, że wyborcy tracą wpływ na kreowanie swojego państwa na drugi dzień po wyborach. Trudno się z tym nie zgodzić, ale jak stwierdzono już jakiś czas temu – demokracja (w wydaniu, jakie znamy obecnie w Europie) nie jest ustrojem idealnym, ale jak dotychczas nie wymyślono nic lepszego.

Młody Kaddafi postanowił zadać kłam temu przekonaniu poprzez stworzenie trójstopniowego modelu parlamentu, w którym uczestniczyć może cały naród. Tak więc najpierw debatować miały komitety ludowe, czyli swego rodzaju zgromadzenia lokalne (w każdym mieście, gminie czy dzielnicy), dalej delegaci tych gremiów mieli spotykać się na zgromadzeniach regionalnych, a w końcu przedstawiciele zgromadzeń regionalnych mieli uchwalać prawo na zgromadzeniu centralnym zwanym Powszechnym Kongresem Ludowym.

Co z tego wyszło – no chyba jednak niewiele, ale wodzowi libijskiej rewolucji z pomocą przyszła technika. Obecnie uczestnictwo ludu w sprawowaniu władzy i tworzeniu prawa polega na obowiązkowym oglądaniu posiedzenia zgromadzenia szczebla centralnego. Mądre głowy debatują, wódz wyraża swoje opinie, ocenia wnioski, sugeruje rozwiązania, a cały naród siedzi przed telewizorami, słucha i rozmyśla. W takim dniu siedzenie przed telewizorem jest obowiązkowe. Policja patroluje ulice i nakłania niepokornych, aby czym prędzej udali się do domu i włączyli telewizor nastawiony na kanał parlamentarny. Zamknięte są wszystkie sklepy, zakłady produkcyjne i firmy. Pracują tylko ci, którzy rzeczywiście nie mogą opuścić swego posterunku. Wszyscy mają być świadomi nowych praw i obowiązków – przynajmniej teoretycznie. Po takim oglądaniu obrad, naród jest proszony o wypowiedzenie się, czyli następuje coś w rodzaju referendum i na kolejny rok jest spokój.

Na pierwszy rzut oka takie rozwiązanie jest niemal genialne – w końcu, mimo częściowego przymusu, nikt nie może powiedzieć, że nie uczestniczy w stanowieniu praw, ale z drugiej strony rozmawiając z Libijczykami dowiadujemy się, że obrady parlamentu idą swoim torem, a jak wódz dojdzie do wniosku, że coś jemu lub jego doradcom nie pasuje w obecnych przepisach prawa to zmiana zasad następuje z dnia na dzień za pomocą dekretu, a zmianie może ulec każdy przepis.

Takie są uroki ludowej demokracji …

* * *
Przeczytaj także:
Zielono mi ...
Samochody i rydwany
Suchy kraj

1 komentarze:

Anonimowy pisze...

To są uroki demokracji samej w sobie. U nas wygląda to tak samo bez przesady. Szkoda, że nikt nie dostrzega potrzeby jej odrzucenia.