czwartek, 10 lutego 2011

Dziecko Rewolucji

„Rok 2011 był to dziwny rok, w którym rozmaite znaki na niebie i ziemi zwiastowały jakoweś klęski i nadzwyczajne zdarzenia. Styczeń był nadzwyczaj deszczowy, co się w Kairze rzadko zdarza i nawet słońce nie chciało wyjść za grubej warstwy chmur, aby nie patrzeć co będzie się działo na Placu Tahrir.”

Bardzo dziękujemy za zainteresowanie naszymi losami w czasie Egipskiej Rewolucji. Tyle się działo, że dla wielu wystarczyłoby wrażeń na pół życia. Nie mogliśmy informować Was na bieżąco, bo początkowo nie mieliśmy dostępu do internetu, a potem sami nie nadążaliśmy z podejmowaniem decyzji. Wszystko działo się jak na szalonej karuzeli. Gdy mieliśmy już plan działań, nadchodziły kolejne informacje zmieniające sytuację o 180 stopni i nasze decyzje już do niej nie pasowały.

W tym trudnym czasie, chciałoby się powiedzieć wśród huku wystrzałów (choć w szpitalu nie było ich słychać), przyszła na świat nasza córeczka. Ze względu na zaawansowaną już ciążę, kiedy wszyscy znajomi w pośpiechu opuszczali Kair i w oczekiwaniu na samolot niemal koczowali na wypełnionym po brzegi lotnisku, mieszkaliśmy za zamkniętymi na stałe okiennicami, z grupą bawaabów i ich pomocników wyposażonych w kije i prowizoryczną broń pod domem, którzy dla bezpieczeństwa mieszkańców blokowali okoliczne drogi. Choć do Placu Tahrir, na którym prowadzone są protesty, dzieli nas kilkanaście kilometrów, i u nas stały czołgi, a w nocy słychać było wystrzały, które miały odstraszyć potencjalnych rabusiów, którzy postanowili skorzystać z okazji, że pewnego dnia z ulic zniknęli wszyscy (!) policjanci.

Najważniejszą myślą, która nam towrzyszyła było utrzymać ciążę do czasu, aż sytuacja się uspokoi. Jak dojechać do szpitala, kiedy godzina policyjna zaczyna się o 15.00, a drogi blokowane są przez lokalnych samozwańczych strażników, którzy pod nieobecność policji postanowili wziąć sprawy w swoje ręce. I skąd wiedzieć, że grupa, która właśnie zatrzymuje Cię na drodze to grupa strażników, a nie rabusiów.


Amerykańskie czołgi M-60 na ulicach Kairu

Nie wiedząc, jak rozwinie się sytuacja i czy nie będziemy musieli nagle opuścić Kairu zdecydowaliśmy o wyjęciu dziecka przed terminem. Wystarczyło jednak, że znaleźliśmy się w szpitalu (całą rodziną, ponieważ postanowiliśmy się nie rozdzielać), a poród rozpoczął się naturalnie. To uświadomiło mi, jak silny instynkt musiały mieć kobiety w czasie wojny, które rodziły dzieci, kiedy tylko znalazły się w bezpiecznym miejscu.

Nasza córeczka jest zdrowa, a sytuacja wokół powoli się stabilizuje. Kair powrócił do normalności, a korki są nawet większe niż przed Rewolucją. Wokół trąbią samochody, Egipcjanie robią sobie zdjęcia z czołgami, samozwańcze patrole podobnie jak wojsko powoli znikają z ulic. Na Placu Tahrir nadal trwają protesty, ale taka sytuacja może potrwać nawet kilka miesięcy, a jeżeli protestującym starczy zapału może nawet aż do jesiennych wyborów. Wybory będą także wyznacznikiem, jak duża część społeczeństwa popiera protestujących. Na razie większość przeciętnych Egipcjan jest szczęśliwa, że wreszcie mogą chodzić do pracy jak co dzień, zarabiać pieniądze i nie muszą sie chronić przed potencjalnymi napastnikami.

Generalnie w naszej dzielnicy w czasie Rewolucji było spokojnie, ale kiedy na Placu Tahrir rozpoczęto rzucanie kamieniami i cegłami, a następnie w ruch poszły koktaile Mołotowa, a ludziom dano zielone światło do ataków na obcokrajowców – w domyśle dziennikarzy i fotoreporterów, zrobiło się nam gorąco. Egipcjanie traktują turystów i obcokrajowców jak bogaczy (dla przeciętnego Egipcjanina żyjącego za 2 dolary dziennie, tacy wlaśnie jesteśmy), więc przyzwolenie do ataków mogło spowodować zmasowane napaści i grabieże. Takie przypadki były jednak raczej sporadyczne, choć dziennikarze i fotoreporteży naprawdę ucierpieli. Przykładowo nasz znajomy fotograf Wally Nell 28 stycznia za robienie zdjęć w okolicach Placu Tahrir został ostrzelany przez policję – więcej tutaj i tutaj

Tak więc nie mamy wielu zdjęć z tego okresu, a naszej córce kupiliśmy wydania gazet z dnia jej urodzenia, bo inaczej mogłaby nam nie uwierzyć, jaki burzliwy okres wybrała na przyjście na świat :)

Mamy nadzieję, że po tym trudnym okresie dane nam będzie trochę odpocząć
oraz że do Kairu powrócą wszyscy znajomi, których tak bardzo nam brakuje.

Wydarzenia w Egipcie na zdjęciach Big Picture cz.1 cz.2

10 komentarze:

Ewa pisze...

Aniu! Cieszę się, że u Ciebie wszystko w porządku i nawet lepiej. Dużo zdrowia i szczęścia dla Waszej córeczki i całej Twojej rodziny. Pozdrawiam :)

Anonimowy pisze...

Gratuluję pociechy! Mam nadzieję, że wszyscy będziecie zdrowi i bezpieczni.
Pozdrawiam:-)

Balbina pisze...

Jak się cieszę, że w końcu sie odezwaliście. Przyznam się, że cały czas zastanawiałam się co u was słychać i czy wszystko ok. Bardzo ucieszył mnie nowy wpis i wiadomość o pojawieniu się córki. Oczywiście gratuluje rodzicom a malutkiej zdrowia i szczęścia. Pozdrawiam i trzymajcie się bezpiecznie

Lacrima pisze...

Cudowne wiadmości.
A cos więcej o córciu?
A rewolucja niedługo się skończy.
Musi ja chce na tydień do Egiptu:)
Pozdrawiam z Oslo Lacrima

XOGYLAR pisze...

pozdrowienia z Rzymu, wszystkiego najlepszego dla rodzicow i coreczki,calym sercem zycze-nowa w gronie followerow, mama malej pol-Arabki

atena pisze...

Gratuluje narodzin Córeczki :)
Pozdrawiam :)
ps: Egipt bez Mubaraka huraaa :)

blogniedzielny pisze...

dobrze ze wszystko skonczylo sie ok,gradulacje dla obu dziewczyn i duzo zdrowia :)

Pikinini pisze...

Niezwykłe narodziny! Zapowiada się ciekawe życie dla Waszej córeczki.
Wszystkiego dobrego:)

Kroniki egipskie pisze...

Jeszcze raz dziękujemy za życzenia!
Na szczęście sytacja się stabilizuje, choć dla Egiptu to dopiero początek drogi. Oby Egipcjanie potrafili jak najlepiej wykorzystać te szansę!

Pozdrawiamy ze słonecznego Kairu

Gosia z Krakowa pisze...

Witaj Aniu, gratulacje!! Ogromnie się cieszę, ze u Was wszystko w porządku, często sprawdzałam czy coś napisałas i zastanmawiałam się gdzie jesteście, teraz juz wiem. Bardzo mozne uściski i ucałowania dla obu pociech. Trzymajcie się cieplutko. pozdrawiam z Krakowa.Gosia