czwartek, 28 kwietnia 2011

Pocztówka z Dubaju



Opowieść już wkrótce. Teraz korzystamy z uroków życia, o ile tak można nazwać zakupy i zwiedzanie z dwójką dzieci, w tym jednym malutkim.

* * *
Przeczytaj także:
W drodze nad Zatokę Perską!
Tu wszystko jest możliwe!
Pożegnanie z Zatoką Perską

sobota, 23 kwietnia 2011

Wesołego Alleluja!

piątek, 22 kwietnia 2011

Pozdrowienia z Dubaju od Wielkanocnego Zajączka



Wesołych Świąt Wielkiej Nocy i mokrego Dyngusa!

Ps. Ciekawe, czy przed Bożym Narodzeniem w akwarium pływa Święty Mikołaj?

c d n .

środa, 20 kwietnia 2011

Ana Masrija



Od czasu Rewolucji egipska flaga jest wszechobecna. Sprzedawana na każdym niemal rogu, króluje na budynkach, murach, a nawet na ... skrzynkach rozdzielczych i śmietnikach.



Na naszej ulicy są latarnie, z których wystają niemal niezabezpieczone kable. Pomimo wielu moich interwencji nikt ich nigdy schował, aby zapewnić bezpieczeństwo przechodniom, czy odwiedzającym nas dzieciom. Nie przeszkodziło to jednak, aby i je pomalować w egipskie kolory. Kolejnym rewolucyjnym gadżetem były różnego typu naklejki na samochody: zaczęło się od naklejek wyglądających jak egipskie tablice rejestracyjne z napisem „25 stycznia”, a później ich rodzaje uległy rozmnożeniu.



Następnie poszło już szybko: torby, znaczki, breloczki. Flaga stała się też kluczowym elementem wielu reklam. Egipcjanki na głowach upinają chusty w kolorach czarnym – białym – czerwonym, a na skrzyżowaniach sprzedawane są husteczki higieniczne w rewolucyjnych pudełkach. Kolejnym hitem okazały się ochraniacze na koła zapasowe samochodów terenowych.



A teraz najmodniejsze jest noszenie biżuteri z napisem „Ana masrija” (Jestem Egipcjanką). Ja też dostałam taką od egipskiej koleżanki.



* * *
Przeczytaj także:
Nowy Egipt, czyli krajobraz po Rewolucji
Dziecko rewolucji

poniedziałek, 18 kwietnia 2011

Na środku niczego

Lubię miasta z historią. Miasta w których wąskich uliczkach można się zgubić, wypić herbatę w lokalnej kafejce i pouśmiechać do tamtejszych mieszkańcow, gdy nieznajomość języka nie pozwala na więcej. Dlatego tak dobrze jest w Kairze, gdzie wąskich uliczek jest bez liku. Mieszkańcy są bardzo przyjaźni i usłyszawszy, że odrobinę mówię po arabsku z ogromną ciekawością zadają pytania. Na prostsze, jak pytanie o kraj i dzieci potrafię odpowiedzieć, ale wówczas dochodzimy do pytań, które przerastają moje umiejętności i kończy się na wymianie uśmiechów.

Są jednak miasta, których wcale nie miałam ochoty zobaczyć. Do tej grupy z pewnością należy Dubaj – miasto na wskroś nowoczesne, po którym należy poruszać się samochodem. Los lubi jednak płatać figle i kilka dni temu zostaliśmy postawieni przed faktem, że wyjeżdżamy na kilka tygodni do Dubaju. No cóż – pomyślałam – może czas na nową przygodę - choć nie byłam przekonana, czy nasze Dziecko Rewolucji jest już odpowiednio duże na takie podróże. Mieliśmy zamieszkać w hotelu niedaleko Creek Dubaj – kanale, znajdującym się w sercu Dubaju, po którym pływają tradyjne łodzie. Super! Doskonałe miejsce na spacery z córką i nowe inspiracje fotograficzne. Okazało się jednak, że zmieniono rezerwację na hotel o wdzięcznej nazwie Rose Garden. Jadąc do hotelu minęliśmy Creek Dubai i jechaliśmy, jechaliśmy, jechaliśmy ... by dojechać na środek niczego. To, że wokół nie ma kompletnie nic to jedno, ale gdzie ten ogród, o którym mowa w nazwie hotelu? Widok z okna fenomenalny – zresztą zobaczcie sami! Tylko ile czasu mogę spacerować po pustym parkingu z małym dzieckiem? Dobrze, że mamy blisko do Emirate Mall, w którym największą atrakcją jest sztuczny stok narciarski – może nasza dwumiesięczna dziewczynka nauczy się jeździć na nartach ;)



A tak na poważnie, mam nadzieję że najpóźniej za dwa dni przeniesiemy się do właściwego hotelu, ishaAllah. Inaczej ... wolę nie myśleć jak tu wytrzymam.

* * *
Przeczytaj także:
Wrócimy jutro, inshaAllah!
W drodze nad Zatokę Perską!
Tu wszystko jest możliwe!

piątek, 15 kwietnia 2011

Deszczowy dzień

Rok 2011 jest w Egipcie wyjątkowy pod wieloma względami, wystarczy choćby wspomnieć Rewolucję. Ale nie tylko. Pogoda też nas zaskakuje – w styczniu, chwilę przed Rewolucją, padało przez 5 kolejnych dni co Egipcjanie przeżyli niemal jak klęskę żywiołową. Opiekunka do dzieci nie przyszła do nas, bo przecież padało i nie mogła wyjść z domu. To prawda, że ze względu na znikome roczne opady deszczu (ledwie kilka dni w roku, przy 350-360 dniach słonecznych) nie ma tu systemu kanalizacyjnego odprowadzającego wodę z zalanych deszczem ulic, ale żeby traktować to jak koniec świata ...


Deszcz w Kairze oznacza przede wszystkim kompletny paraliż komunikacyjny – prowadzący samochody Egipcjanie widząc najmniejszą choćby kałużę wpadają w panikę i zwalniają niemal do zera. Tydzień temu, w czasie ostatniego deszczu dodatkowo dopadła nas burza, która zachwyciła naszego spragnionego deszczu Malego Turystę. Na drogach za to nastąpił komunikacyjny zator. Nasz kierowca na trasę, którą pokonuje zazwyczaj w około 4o minut potrzebował 4 godzin, po czym okazało się, że warsztat do którego jechał tego dnia był zamknięty i czekała go jeszcze droga powrotna do domu. Ja wykorzystałam tę niecodzienną pogodę do zdjęć, o których w słoneczne dni można tylko pomarzyć. Na szczęście do domu wracałam z zaprzyjaźnionym taksówkarzem, który doskonale zna miasto, bo przejeżdżając przez wszystkie możliwe lokalne uliczki, w tym przez Miasto Umarłych, po pół godzinie byłam na miejscu, podczas gdy nasz kierowca stał zablokowany pod Cytadelą. A na koniec dnia na niebie pojawiła się tęcza.





Poszukującym fotograficznych inspiracji polecam e-book Eli Reinholdtsen "Chasing reflections". Mnie zainspirował, i to bardzo! Ale o tym może następnym razem ...

* * *
Zobacz także:
Rozdwojenie jaźni, czyli o pogodzie w Egipcie
Piaskowanie na śniadanie
Dla spragnionych